Skip to content
napis gdzieś pomiędzy - blog o życiu i...
Menu
  • O mnie
  • Gdzieś pomiędzy – czyli gdzie?
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy
  • Czytamy dzieciom
  • Opowieści rodzinne
Menu
wakacje - spacer po łące

Opowieści rodzinne. Prawie lato – część 6. Urodziny Hani

Posted on 27 kwietnia 202327 kwietnia 2023 by Ola

W piekarni “Bezik” od rana panował dziś wielki ruch. Nic dziwnego, była sobota, sprzedawały się nie tylko świeże bułeczki, ale i ciasta, drożdżówki, serniki z truskawkami, tartaletki z bitą śmietanką, a pani Halska miała zaraz odebrać tort na urodziny swojej córki. Pan Romuald, co prowadził “Bezik” od tylu lat, że zdaniem niektórych powinien samo stworzenie Miłczyc pamiętać, znał rozkład urodzin w rodzinie Halskich jak we własnej. Zimą urodziny miał Jędrek, ten zamyślony, poważny chłopak, co spojrzeniem przewiercał człowieka na wylot, latem mała koza, Julka, jesienią od paru lat urodzinki obchodził mały Sławcio, co to zawsze, ale to zawsze musiał zadać kilka pytań odnośnie świata, a późną wiosną – najstarsza Hania. W tym roku przypadały jej osiemnaste, toteż tort był szczególny, pan Romuald osobiście robił ozdoby i był z siebie bardzo zadowolony. Rodzina Halskich zdała się na jego wyczucie smaku zarówno dosłownie, jak i estetycznie, i wyszło małe arcydziełko. Do czasu odebrania pyszniło się na wystawie i przyciągało wzrok wszystkich klientów.  

Tort zaiste był niezwykły. Pan Romuald nie użył tej okropnej masy cukrowej, co to ją każdy potajemnie odkłada, bo zjeść się tego po ludzku nie da, ale użył sprawdzonej od stuleci śmietanki. Całe piękno i artyzm tkwiły w sposobie ozdobienia – ukoloryzowana śmietanka sprawiała wrażenie, że tort jest obrazem. Przeplatały się na nim letnie kolory soczystej zieleni i niebieskiego nieba, u spodu delikatnie prześwitywały skromne biało-żółte kwiaty stokrotek, wyżej pyszniły się czerwoniutkie maki. Fragment tortu muśnięty był żółtym, słonecznym blaskiem. Całość wyglądała jak wcielenie Lata w swojej kolorowości, aż chciało się uśmiechnąć i pobiec boso po tej śmietankowej kolorowej łące. 

W smaku pan Romuald postawił na czerwcową tradycję – tort był truskawkowy. Najlepszy. Co jakiś czas cukiernik zerkał na ciasto znad lady i jakby miał wąs, to by go podkręcał z zadowolenia. A tak się leciutko do siebie uśmiechał. 

Tymczasem w domu Zosi trwało sobotnie sprzątanie, dom miał być gotowy na gości, co oczywiście było najtrudniejszym zadaniem pod słońcem, zwłaszcza w rodzinie, gdzie każdy miał swoje zdanie na temat porządku.  

Sławcio i Julka wyciągali kolejne klocki, misie, puzzle i zamiast układać je na półkach zaczynali tysięczną zabawę, czekając, kiedy to zabawki zaczną wypełzać z ich pokoju na korytarz, ewentualnie kiedy zaczną same się układać z powrotem na miejsce.  

Jędrek biegał po ogrodzie ze swoją bandą, z Sandrą i Wojtkiem, wnosili ciągle do domu pełno piachu, wbiegając to po wodę, to po truskawki, to szukając piłki.    

Robert siedział w kuchennym fartuszku przy dużym stole i dyrygował krojeniem warzyw do sałatki, w roli dyrygowanych pomocników występowały Hania, jej przyjaciółka Liwia i ciocia Alicja. Alicja z miłą chęcią zamieniła się rolami z Zosią i ruszyła ochoczo do kuchni kroić, siekać, ustawiać, mieszać, za to Zosia z jeszcze większą chęcią zajęła się małym Mikołajem. Uciekła z nim do ogródka, wdzięczna za możliwość wydostania się z kuchni.  

 – Tak, tak Mikołajku – mówiła do swojego bratanka, podając mu łopatkę do piaskownicy – ciocia Zosia nie nadaje się dziś do kuchni. W ogóle nie nadaje się dziś do ludzi, wiesz? No, ciebie nie liczę, z tobą się dogadam. Ale po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, nie umiem dogadać się z Hanką. Nie rozumiem tej dziewczyny, wiesz?  

Mikołajek wesoło potrząsał łopatką, nie przejmując się, że piasek leci wszędzie, tylko nie do wiaderka. Bawiło go samo sypanie. 

– Powinna myśleć o swojej przyszłości, mieć jakiś plan, prawda? – ciocia Zosia stwierdziła najwidoczniej, że znalazła wdzięcznego słuchacza i mówiła dalej. – I już nawet nie chodzi mi o samo wydarzenie z pomalowaniem muralu przy szkole, może to i dobrze, że nie jest obojętna, że liczą się dla niej przyjaciele. Ale co to właściwie zmieniło? Ano nic, prawda Mikołajku? To był tylko gest buntu i wszyscy teraz każą mi ją podziwiać. A ja się boję, że jak zauważy, że takie gesty nic nie dają, to wpadnie w rozpacz. 

– Pać. Pać, pać. Daj. 

– Patrzę, patrzę, kotku. Wiesz, może ja rzeczywiście przesadzam, w końcu to już jej życie, prawda? Jest już zupełnie dorosła. Mnie też kiedyś mama nie rozumiała…  

– Ma-ma, ma-ma – Mikołajek radośnie przyłączył się do rozmowy. 

– Tak, mama. Na razie to twój cały świat, mama i tata. Na razie wszystko jest takie proste. Ciesz się tym. Potem będziesz sobie myślał, że wszystko robią źle. A oni chcą dobrze… 

– Naprawdę myślisz, że to wszystko tłumaczy? Że ktoś chce dobrze i to wszystko usprawiedliwia? Ty też chcesz dobrze… 

Zosia rozejrzała się w popłochu. Zza wielkiej śliwy rosnącej przy piaskownicy, zakrywającej widok na wyjście z domu, wyłoniła się jej własna mama, Asia Szreder. Na łańcuszku dyndały jej okulary, w ręku trzymała mus jabłkowy, siwe włosy jak zwykle tworzyły zawirowania wokół głowy.  

– Mamo, co ty ludzi straszysz! I od razu z pytaniami. Od razu ja coś robię źle, tak? – Zosia mówiła półżartem, półserio. – A w ogóle to co się stało, już pora na gości?  

– Nie, spokojnie. Przyszłam szybciej, tort od razu odebrałam. Śliczny wyszedł. Ten nasz “Bezik” to jakiś zaczarowany jest. Ale mnie tu nie zagaduj, powiedz mi no, córcia, czy to, że ktoś chce dobrze, wszystko usprawiedliwia? I masz, mus Alicja dała dla Mikołajka. 

Zosia milczała. Tak postawione pytanie o dobro i zło, zbiło ją nieco z pantałyku. Przypomniała sobie, jak to samo mówiła Hani, parę wieczorów temu: “Hania – mówiła wtedy wzburzona Zosia. – Ja wiem, że chciałaś dobrze. To młodzieńcza brawura, to młodzieńczy idealizm, ale jesteś już dorosła. Nie możesz zachowywać się jak dziecko”. To kto ma w końcu rację?… 

Cisza przy piaskownicy przedłużała się.  

Z dala dochodziły okrzyki dzieciaków grających przed domem w piłkę, przez otwarte okna i drzwi dolatywały z kuchni i salonu wybuchy śmiechu zmieszane z muzyką. Zosia po kolejnych utworach rozpoznawała, kto rządził playlistą, Sanah na przykład na pewno wybrał Robert, to on się rozczulał na dźwięki jej piosenek. Nie widziała, co się dzieje w domu, ale mogła dokładnie sobie wszystko wyobrazić – jak Robert podśpiewując pod nosem szuka łyżeczek i noży, jak pyta, gdzie musztarda i czemu tak mało sałatki wyszło, wyobrażała sobie, jak Hania wymachuje rękoma tłumacząc coś wszystkim, jak Alicja robi sobie kolejną kawę, jak Liwia roześmiana i swobodna przyłącza się do wszystkich po trochu, tu krojąc, tu podając, tu też podśpiewując.  

–  Nie wiem, czy to coś usprawiedliwia. Może tak, może nie. Wiem, że chciałabym, żeby nikt ich nigdy nie skrzywdził – odezwała się w końcu Zosia na głos, trochę niespodziewanie dla samej siebie. Nie patrzała na Asię, skupiła się na podawaniu łyżeczką musu swojemu siostrzeńcowi. – Wiem, że to nierealne, wiem, ale nie mogę się z tym pogodzić. Czasem mam wrażenie, że z tego martwienia się tracę wszystkie siły. Ale nie wiem, jak przestać. Jak ty przestałaś? Kiedy? 

Asia wzruszyła ramionami.  

– Teraz ja powiem: nie wiem. Chyba nigdy człowiek nie przestaje się martwić o swoją rodzinę. Może jednak z czasem się przyzwyczaja. A może za dużo się wydarzyło, żebym udźwignęła takie ciągłe martwienie się. No nie wiem, córcia.  

Zosia zamyślona wpakowała łyżeczkę musu do ust sobie, nie Mikołajowi, na szczęście maluch wydawał się już znudzony jedzeniem i wrócił do przesypywania piaseczku. Rozgrzane powietrze pachniało kwiatami starych drzew owocowych, co jakiś czas parę biało-różowych płatków delikatnie opadało na trawę. Kilka zabłąkało się na jasną główkę Mikołaja, Zosia leciutko i miękko strąciła je z jasnych włosków. Patrzała wciąż przed siebie, nie odwróciła głowy w kierunku mamy, przytłumionym głosem pytała dalej: 

– Mamo, a nie żałujesz niczego? Jak byś mogła wybrać jeszcze raz, rozwiodłabyś się? Czy nie?  

Z drzewa sypnęło mocniej białymi płatkami. Zawirowały w powietrzu i mały Mikołaj wyciągnął do nich rączki.  

– Ech, nic bym nie zmieniła. Może nie wychodziłabym za mąż w ogóle. To było od początku nieporozumienie. Ty to już słabo pamiętasz, ale… on… to nie był dobry mąż. Ani ojciec. Lepiej nam było bez niego.  

Asia skończyła mówić, niepewna, czy ma coś jeszcze dodać, czy nie popełnia błędu. Zerknęła na córkę. Do czego właściwie dąży jej tajemnicza Zosia? Chyba nie układa jej się tak źle z Robertem?! Co jej po głowie krąży w dzień urodzin Hani? Czemu w ogóle schowała się tu, w piaskownicy? Dziwne to wszystko. Ale Zosia zawsze była trochę dziwna. Zawsze wszystko po swojemu. Zawsze uważała, że wie lepiej i nie cierpiała prosić o pomoc. Już samo to, że Zosia o coś pyta i słucha odpowiedzi, było faktem godnym uczczenia.  

– Zosieńka… – zaczęła ostrożnie jej mama, mając nadzieję, że jeszcze trochę pociągnie rozmowę, ale córka szybko jej przerwała. Odwróciła w stronę mamy i domu i odezwała się już swoim normalnym głosem: 

– Nie, mamo, nic się nie dzieje, nie musisz pytać. Dobrze zgadłam, że tak chciałaś spytać? 

– Tak, dobrze – westchnęła Asia. – Już nic nie mówię. Widzę, że wszystko w normie, no nie, Mikołajku? Ciocia Zosia – Samosia nie potrzebuje rozmowy. No idę już sobie, idę. 

Asia podparła się ręką, powoli podniosła z desek piaskownicy i rozmasowała sobie plecy. – Już nic nie mówię – mruknęła pod nosem i ruszyła w stronę domu. Z tarasu wyglądał Jaś, czekając na swoją nie-żonę, lekko zaniepokojony jej dłuższą nieobecnością. Kiedy do niego podeszła, bez słów się na chwilę przytuliła. Jak zwykle dodało jej to sił i razem weszli do salonu przygotowywać urodzinowo stół. Stół, który zbudował jeszcze Asi ojciec. Solidny był ten stół, najlepszy, a Robert jako stolarz roztaczał nad nim fachową opiekę. Stół, który niejedną historię mógłby opowiedzieć…  

– A co ty znowu robisz? Kawa będzie, jo?  – Waldek przyszedł z pracy już zawiany. Pewnie niedługo go wyrzucą, znowu. Asia wcale im się nie dziwiła. Dziwiła się tylko sobie, że jeszcze to wytrzymuje. Zacisnęła zęby i dalej rozkładała talerze i sztućce na stole, zaraz mieli pić kawę z okazji urodzinek Zosi. Całe trzy latka – tyle ma jej córcia.  Nie zwracając uwagi na męża, który zresztą przeszedł już dalej i rozłożył się na kanapie przed telewizorem, przeliczyła szklanki. Mama, Róża, Sułkowska też wpadnie, obiecała ciasto przynieść, może męża weźmie, mąż Sułkowskiej bardziej się do ludzi nadaje niż wieczne pijany i kłócący się Waldek, no, tyle szklanek będzie. Dobrze, bo ostatnio znów jedna się stłukła. Za kruche te szklanki były. Nie wytrzymywały wiele. Ale na szczęście nikt ich sklejał i nie kazał im żyć dalej – pomyślała Asia, rozmasowując sobie ramię. Dziergany na drutach sweterek zakrywał sine ślady palców.  

Na stole stały więc całe szklanki w koszyczkach, stała kryształowa cukiernica, stały gotowe do podgryzania paluszki. Nie zabrakło też koreczków serowych, które mała Zosia tak lubiła. Tort z “Bezika”, czekoladowo-maślany, z orzechami, i już. To i tak nadszarpnęło domowy budżet, do wypłaty będą jeść chleb z dżemem, westchnęła Asia. Na szczęście Zosieńka jest jeszcze tak malutka, że nie zwraca uwagi na prezenty. Dostała już dziś rano od babci lalkę, która zamykała i otwierała oczy, i mówiła “ma-ma”, i malutkiej to wystarczyło. Nie przejmowała się, że widziała już tę lalkę wcześniej u babci w pokoju, że nie jest to nowy prezent, prosto ze sklepu. Zrozumiała, że teraz lala jest jej i była szczęśliwa.  

“Gdyby Waldek nie… – zaczęła ze złością myśleć Asia, znów dotykając swojego ramienia. – Gdyby… Ech, po co te myśli, i tak się nic nie zmieni… Zosieńka ma dopiero trzy lata, potrzebuje i mamy i taty, tak przecież musi być… Sama jej takiego na ojca wybrałam, to teraz mam za swoje… Jak połowa kobiet z Miłczyc. I co, rozwiedziemy się wszystkie? W życiu! A przecież widzę, co się dzieje, ślepa nie jestem!” 

– Waldek! – krzyknęła głośno, zła na siebie, na życie i na tę połowę kobiet z Miłczyc, co dały się wciągnąć w takie życie. – Idź się umyj, zaraz wszyscy przyjdą, proszę cię! Nie leż już, no proszę cię! 

– Tata! – ze schodów zbiegła córeczka, jej czarne oczka śmiały się do taty. – Będzie tolt! I goście! Hulla! Śto jat, śto jat – mała śpiewała sama sobie, aż Waldek się roześmiał, ubawiony, i usiadł przy stole. 

Zosieńki on nie skrzywdził nigdy, trzeba mu to było przyznać.  

Jeszcze, obawiała się Asia.  

Pogładziła stół, wyrównała serwetkę i poszła zawołać mamę i Różę. Usiądą już do tej kawy, zrobią to dla Zośki, chociaż napięcia między jej mężem a resztą rodziny nie dało się uniknąć. Dobrze, że Sułkowscy też będą. Jakoś to zniosą…  

To był ostatni raz, kiedy na stole stały te najkruchsze szklanki. Ostatni wspólny tort, ostatnie wymuszone wspólne żarty. Siedemdziesięcioletnia Asia, układając przepiękny tort urodzinowy wnuczki i grube, ceramiczne kubki na blacie, nagle uświadomiła sobie, że stół to właściwie jedyne, co przetrwało zawieruchę przemian tych wszystkich lat. Zmieniło się tak wiele! Zosia z Robertem wyremontowali i wymienili wiele sprzętów w domu na nowe, ona sama z chęcią przeniosła się do mniejszego mieszkania w kamienicy, jak tylko Jaś ją o to poprosił; po trzecich urodzinkach Zosi zginęły w wypadku mama i Róża, Waldek w końcu też odszedł… No, Asia trochę mu pomogła.  

Czy żałowała? Nie. Zosia chyba to rozumie? Asia myślami wróciła do rozmowy przy piaskownicy, ale po chwili potrząsnęła głową. Dziś jest dzień Hani, nie będzie teraz rozpamiętywać przeszłości. Koniec, basta.  

Pomyślę o tym jutro, mruknęła Asia pod nosem. 

A przy stole stali dziś ci, których łączyła miłość i życzliwość, pomimo wszystkich codziennych trosk. Nikt nie musiał wysilać się na dobry humor, zakrywać siniaków, maskować uśmiechem strachu i łez.  

– Asia, ty płaczesz? – szepnął jej do ucha Jasiek. – Wzruszasz się na starość nagle, czy co?  

– Sam się wzruszasz, stary ośle. Coś mi wpadło do oka, to wszystko – 

odszepnęła Asia i ścisnęła pod stołem rękę swojego niemęża.  

– Hania, ty to masz babcię. To jest dopiero Degeneratka. Totalnie bez przyszłości – zachichotała za plecami Asi Liwia. Obserwowały całą scenę stojąc w drzwiach.  

– Ty się nie śmiej. Jak dorosnę, chcę być babcią! – mówiła Hania, patrząc na Asię z uwielbieniem. – Tylko mi nie mów, że już jestem dorosła. Mama powtarza mi to tysiąc razy dziennie. Bleh. Słuchać tego nie można!  

– No dobra, dawaj te sałatki. Uważaj, mały Mikołaj pędzi z ogrodu!  

– A za nim moja mama. Zaraz się zacznie, zobaczysz! 

– Hania! – usłyszały dziewczyny z ogrodu. – Przygotowaliście wszystko? Goście zaraz idą! To twoje dorosłe urodziny, musisz sobie radzić! 

Liwia zachichotała ponownie i pomachała do pani Zosi. – Mama to co innego niż babcia, wiadomo – wymądrzyła się jeszcze. – Jak twoja mama będzie babcią, to też będzie lepsza, cha, cha! 

– ODPUKAJ! – usłyszała oszołomiona Lidka ze wszystkich stron.  

Usłyszała ją nie tylko Hania, ale i Zosia. I Asia. I Robert. A że z góry zbiegły w końcu maluchy, i dopytywały się, czemu Liwka ma odpukiwać i co, to zrobił się wkrótce iście zdegenerwoany hałas.  

W całym tym zamieszaniu Hania zobaczyła, jak mama patrzy na nią i w końcu w jej oczach widać iskierki uśmiechu. Urodziny mogły się rozpocząć. 

Nawigacja wpisu

← O depresji fachowym okiem. Rozmowa
Czytam z sentymentem →

2 thoughts on “Opowieści rodzinne. Prawie lato – część 6. Urodziny Hani”

  1. Kasia pisze:
    30 kwietnia 2023 o 10:00

    Olu, ja mam tylko jedno do powiedzenia: pięknie. Wciągająco. Za krótko! I jeszcze, że mogłoby być więcej! No, to może jednak trochę więcej niż jedno mam do powiedzenia. Tyle się naczekam, a tu ledwie skrawek, piękny taki, czerwcowy, ale co dalej? Chcę więcej babci Asi. I tajemniczej Róży. I Zosi, i Hani, i dzieci…
    Czekam!

    Odpowiedz
  2. Hanna Dominik pisze:
    30 kwietnia 2023 o 12:41

    Olu przeczytałam i zobaczyłam ich wszystkich ten tort ogród ten stół poczułam uczucia i problemy ich wszystkich oczarowałaś mnie swoją opowieścią będę czekała na dalszy ciąg z radością ☘️https://media.tenor.com/AL8T87f64-cAAAAM/thanks.gif

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

kontakt
Ola, siedzi w oknie, zdjęcie czarno - białe, melancholijne, bo tematem jest czas
To ja, Ola, zapraszam do mojego zwykle uśmiechniętego świata. Choć chwile zwątpienia, goryczy i szarości też tu są, co zrobić... Też tak masz? To się zrozumiemy!
Poczytasz u mnie o codzienności, o polecanych książkach, czasem o wychowaniu. Ot, życie najzwyczajniejsze. Choć przeplatane bajkami!

Ostatnie wpisy:

  • W czym posadzimy dzikie łąki?
  • pomilcz smutek
  • Zaczarowany Las Mądrości
  • Książkowe historie
  • Trochę o ogrodach

Archiwa blogowe:

  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • luty 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy

anegdotki dobry humor dziecko jesień kryminały książki malarstwo matka-feministka małżeństwo musierowicz muzyka notatki nowy_dzień opowiadanie przepis reportaże rodzina rozmowa rozmowy samo życie spokój współczucie wychowanie wyjaśnienie zdjęcia zdrowie święta żółte liście

gdzies.tam.pomiedzy

Przeważnie czytam.
Czasem piszę o życiu: bajki i inne bzdurki.

Kiedy moje dziecko było malutkie, na lodówce wisia Kiedy moje dziecko było malutkie, na lodówce wisiała karteczka, takie info dla całej rodziny, i było tam 5 czy 6 powodów, dla których niemowlę może płakać. 
Kiedy dziadek pisze podobną instrukcję obsługi dla swojego kota, to przybiera ona formę... nieco dłuższą niż karteczka na lodówkę. Dokładnie jest to 15 i pół stron dużego zeszytu. 
I kto tu kogo ma, ja się pytam... Dziadek kota czy jednak kot dziadka???
Kiedy dziadek z babcią wyjeżdżają do sanatorium, do opieki nad tym kocim Z Piekła Rodem Stworem zostaje wezwana mama Krzysia i Uli. Przybywa z mocnym postanowieniem zakończenia takich dziwactw jak jedzenie rybki z jednej tylko sieci sklepowej, i to o trzeciej w nocy, czy noszenie Jaśnie Kotka w wiklinowym koszyku. Tylko czy ten puszysty rasowy koterrorysta tak łatwo ustąpi? Kogo obstawiacie? 

Regina Golińska-Barancewicz tym razem stworzyła zabawną, uroczą historyjkę, do śmiechu i czystego relaksu - wszak taki należy się dzieciom też. A mój własny kot jest wielce zadowolony i rozmruczany, iż jest to mój patronat! 

Zapraszam was do przeczytania, tak szeptem mówiąc to zapraszam nie tylko dzieci ale i dorosłych. Pośmiać się chwilę przy wybornej anegdotycznej historyjce to zawsze dobry pomysł! 

Wszak śmiech to uzasadniona potrzeba pierwszej kategorii. Jak kuleczka z folii aluminiowej do zabawy. Żadna tam fanaberia. 

@wydawnictwoliteratura - dziękuję wam za to, że wydajecie literaturę dziecięcą nie tylko dla wzruszeń ale także i dla czystej radości z czytania zwariowanych przygód ;) 
_____________________
Dziadek naszego kota
Regina Golińska-Barancewicz 
@reginahanna73
Ilustracje: Hubert Grajczak
@pieski_z_kreski
Wyd. Literatura 
_____________________
#gdziespomiedzy #dziadeknaszegokota
#wydawnictwoliteratura #reginagolińskabarancewicz #hubertgrajczak
Do przesyłki z tą książką wydawnictwo dodało luste Do przesyłki z tą książką wydawnictwo dodało lusterko. I to oddaje charakter książki - jej bohaterka może być naszym lustrem...
Kwestia organizacji to powieść obyczajowa o zupełnie zwyczajnym życiu niejednej z nas. Dzieci, mąż - ale i dotkliwa samotność -  zapełniony notatnik, przeliczany co do grosza budżet, wieczny uśmiech i kto jak nie ja, no przecież. 
Plany na szczęście rozbijają się o realia, o szklane sufity. Nie przewidują też chorób i szpitali. A Jola Brzozowska nie odpuszcza, bo co stałoby się z jej rodziną? Kto by się nimi zajął? 
Tylko tak się nie da bez końca. Zwłaszcza, że Jola, mimo twardego stąpania po ziemi, jest też trochę naiwną romantyczką. Też jak niejedna z nas. 
Nie polecam często obyczajówek, ale w pisaniu Kasi Jurczyk jest coś, co mnie przyciąga, tak było też przy jej powieści Gniazdowanie. Przyciąga mnie wiarygodność postaci, ich psychologiczne ujęcie, takie prawdziwe - nie rodem z poradników. I przejawia się to nie w strumieniach świadomości i pokręconym życiu wewnętrznym, ale w tym jak wygląda zmęczenie i żonglowanie 24 godzinami, żeby zmieścić w nich chociażby taki rarytas jak swój własny sen. Jak marzenia.

Powieść jest dobrym punktem wyjścia do wszelkich feminstycznych dyskusji, ale nie przez łopatologiczne wstawki, tylko przez nasuwające się w trakcie czytania pytanie - czemu jest dla społeczeństwa taką oczywistością, że kobieta poradzi sobie ze wszystkim i nie powinna liczyć na realne wsparcie? 
Wydawczyni Olga Smolec-Kmoch pisze w słowie Od wydawcy: 
"Ta książka nie próbuje nikogo naprawiać ani pouczać. Nie obiecuje szybkich rozwiązań ani prostych odpowiedzi. Zamiast tego daje coś znacznie ważniejszego - przestrzeń na uważność wobec siebie, na zadanie trudnych pytań, na przyjrzenie się temu, co było normalizowane zbyt długo tylko dlatego, że 'tak już jest'."

@kasia_gniazdowanie - dziękuję za to, że mogłam poznać zarysy tej historii już przy jej powstawaniu. Już wtedy mi się podobała i nie zmieniłam zdania! 
_______________________
Kwestia organizacji
Kasia Jurczyk 
Wyd. Na Szczęście 
_______________________

#gdziespomiedzy #kwestiaorganizacji #kasiajurczyk #wydawnictwonaszczęście
Topografia pamięci - trafny tytuł. Ta książka pop Topografia pamięci - trafny tytuł. 
Ta książka poprowadziła mnie po śladach wspomnień Martina Pollacka, ale także po śladach własnych... Poczułam się jak za młodych lat, kiedy w sobotę siadałam w kuchni za stołem i czytałam weekendowy dodatek Gazety Wyborczej, ten z esejami, dyskusjami, fragmentami książek (Lektury nadobowiązkowe Szymborskiej, ktoś pamięta? Kto się przyzna, że też taki stary?). Miałam nawet przez chwilę manię zbierania ciekawszych artykułów, ale na nic to, bo ostatecznie myszy wszystko przeżarły. 
Podobne odczucia towarzyszyły mi przy tej książce - ktoś mądry chce się podzielić z czytelnikiem swoimi przemyśleniami o historii, chce budzić sumienie, chce ostrzec - tylko ja już nie mam tej wiary, że to coś da. Że świat słucha. 
Cóż, myszy się za to cieszą z kolejnej porcji makulatury... 
Ale zostawiam wpis o Topografii pamięci - mimo wszystko - czytajmy! Nie zapominajmy. 

"Co to takiego, co każe tym ludziom sznurować usta? Strach? Przed czym? Przed mordercami i ich następcami? Dlaczego miano by się ich bać jeszcze dzisiaj? A może to strach przed upiorami przeszłości? A przecież wiemy, że nie da się tego zażegnać milczeniem. Wprost przeciwnie".
_____________________
Topografia pamięci 
Martin Pollack
Wyd. Czarne
Tłum. Karolina Niedenthal
_______________________
#gdziespomiedzy
#topografiapamięci #martinpollack #seriasulina #wydawnictwoczarne
Opowiadania o niczym szczególnym. Takie z pobocza. Opowiadania o niczym szczególnym. Takie z pobocza.
Gubione, zbierane...
Dmuchawcowe, to może też z łąki.
I bardzo ładne.

Czasami chcemy, żeby czytana książka nami wstrząsnęła, uderzyła w to zamarznięte morze, ale czasami też - tego właśnie nie chcemy. Tylko mądrego spokoju, i dobrej opowieści. Wtedy Nieuzasadnione poczucie jest jak taka właśnie  opowieść.
____________________
Nieuzasadnione poczucie szczęścia 
Tomasz Tyczyński
@wydawnictwo.nisza 
_______________________
#gdziespomiedzy #nieuzasadnionepoczucieszczęścia #tomasztyczyński #wydawnictwonisza
Kolory, gdzie kolory?! Tam gdzie je sobie sami wyd Kolory, gdzie kolory?!
Tam gdzie je sobie sami wydrzemy i wydziergamy. Albo wyczytamy, u mnie ostatnio dużo powieści i kryminałów.
Anna Kańtoch, na przykład, Łaska - kryminał z pokojem nauczycielskim w tle, od razu bardziej znajomo się człowiek czuje:) 

A z drugiej strony Niewidzialne miasta Calvino. Podczytuję w pociągach i od razu robi się mniej realnie... I tak jest dobrze. 

Mniej realności to dobre hasło na luty.

#gdziespomiedzy 
#pierdolićzimę
Mało ostatnio polecam książek dla dzieci. Ciężko t Mało ostatnio polecam książek dla dzieci. Ciężko trafić mi na coś naprawdę ciekawego... Dlatego na opowieść Małgosi Cudak rzuciłam się już w sprzedaży przedpremierowej, szaleństwo, ale tak - tęskniłam za dobrą książką z zakresu literatury dziecięcej.
I moja wiedźmowa intuicja dobrze mi podpowiedziała... Posłuchajcie:
Jest tu rodzeństwo, Małgosia i Jaś, jest ich zapracowany tata któremu brakuje czasu, i mama co czuje się ściśnięta w życiu jak w przyciasnym fartuszku. 
I jest splot wydarzeń, który sprawia, że dzieci trafiają do chatki Baby Jagi w środku lasu.

"Jesteście w samą porę, najwyższy czas. Jeszcze trochę, a byłoby za późno". 

Na szczęście nie jest. Wszak zegar pokazuje, że mamy jeszcze chwilę do końca bajki. Małgosia, Janek i Babcia razem czarują: sprzątają, piorą wielkie pantalony (i wielkie koszule, takie co pomieszczą marzenia), robią ciastka, rozpalają piec, rozmawiają, tik-tak, tik-tak, zegar tyka spokojnie, "nic nie gubi się, nie znika, lecz wzajemnie się przenika". Dzieci uczą się, a raczej przypominają sobie i całej rodzinie, co jest najważniejsze.

A wiecie co Babcia trzyma w szafie? 
Ja wiem:)))

I taką bajkę naprawdę polecam. Tak jak wcześniej Latający dom i inne bajki czy Małą księgę mieszkańców puszczy tej samej autorki. Po prostu dobre, taka literatura piękna w zakresie dziecięcym...

Polecany wiek: 5+ (Małgosia ma tu 7 lat, Jaś 5)
_______________________
Na zegarze wpół do bajki
Małgorzata Cudak
Ilustracje: Agnieszka Pradelok
Wyd. Na Stronie Bajki
_______________________
#gdziespomiedzy
#nastroniebajki
#nazegarzewpółdobajki
#małgorzatacudak #agnieszkapradelok
Niektórzy mówią, że literatura nie potrafi ocalić. Niektórzy mówią, że literatura nie potrafi ocalić. 
Ależ wierutne to bzdury! 

Anna Świrszczynska i zbiór wierszy wybranych w tomiku "Jestem gotowa" i czytanych przeze mnie właśnie na ocalenie. Parę podrzucę, podzielę się kołem ratunkowym:)

"Nie trzeba jej pocieszać
nie wolno się litować" - pisał gdzieś Różewicz. Racja. Nie o pocieszenie tu wszak idzie, nie o litość. To o nazwanie chodzi. O właściwe słowo układające świat. 

Więc dziś - świat Anny Świrszczynskiej. Ten jego fragment, który nie upiększa rzeczywistości. 

Jak żyć bez upiększania? 
- Szeroko i bezbrzeżnie.
__________________
Jestem gotowa
Anna Świrszczynska, wybór wierszy: Barbara Gruszka-Zych
Państwowy Instytut Wydawniczy
______________________

#gdziespomiedzy
#annaświrszczyńska
#państwowyinstytutwydawniczy
Jestem czytelniczym snobem więc lans na Gospodinow Jestem czytelniczym snobem więc lans na Gospodinowa musi być, a jak. 
Fizyka smutku - błyskotliwa, przyznaję, bardzo. Intrygujący tytuł, nieoczywisty bohater - co potrafi wchodzić we wspomnienia i emocje innych ludzi, ba, innych istot ("Pamiętam, że umarłem jako nagi ślimak, krzew dzikiej róży, czerwcowa chmura"...), reinterpretacja mitu o Minotaurze, kapsuła czasu, co jeszcze... 
Dużo takich błyskotliwych pomysłów. Celnych zdań, spostrzeżeń. Książka - błyskotka. 
Można się pobawić. 
Tylko czuję, że jutro o niej zapomnę, ot, właśnie.

Może jakby moja fizyka smutku - czy raczej geografia, historia smutku - obejmowała te same tereny co u Gospodinowa - to wzięłabym tę powieść bardziej do siebie. Ale we mnie nie ma nostalgii za minionymi czasami. 

"Schron przeciwczasowy" był lepszy! Można się pokłócić, i tak nie zmienię zdania;)
_________________________
Fizyka smutku
Georgi Gospodinow
Przekład: Magdalena Pytlak
Wyd. Literackie
__________________________
#gdziespomiedzy #fizykasmutku #georgigospodinow #wydawnictwoliterackie
Z cyklu: zły to świat, okrutny świat, czemuż inneg Z cyklu: zły to świat, okrutny świat, czemuż innego nie ma świata! 
A jak nie ma, to zostaje się wypisać. Więc piszę: 

Zanikanie w byciu - to nie moje kroki nie mój uśmiech 
Wydaję sobie resztę z wszelkiej pewności i zostaje:
Coś co napiszę parę razy zapalę 
To już 

***

Mierzę się z księżycem na obojętność spojrzeń i przegrywam, więc 
jednak jeszcze jestem 

#gdziespomiedzy

#bazgrzęwięcjestem
A może właśnie tak: "Pięknie byłoby objąć noc j A może właśnie tak: 

"Pięknie byłoby objąć noc 
jak odnalezionego syna
i dowiedzieć się 
o co Cézanne pytał jabłek 

I zrozumieć któregoś deszczowego dnia
że prosta to punkt wydłużony dlatego 
by dosięgnąć serca własnego"

Jan Skácel 

Może właśnie tak... A my wszyscy biegamy zygzakiem. 

Wiersze Skacela znam dzięki @toznaczy_poezja - dziękuję za podzielenie się! Takie one miękkie, nienachalne - i oczywiście smutne - wiadomo. 

#gdziespomiedzy
#janskacel
Wpadłam do biblioteki po coś zupełnie innego, a Ep Wpadłam do biblioteki po coś zupełnie innego, a Epepe leżało sobie na ladzie. Jak już tak leżało to wzięłam, raczej z myślą: no ciekawe, o co właściwie tyle hałasu...
I przeczytałam prawie jednym tchem. 

Budai, bohater powieści, to racjonalny człowiek z analitycznym umysłem, wydawałoby się, że zrozumie spokojnie każdą sytuację, zawsze znajdzie wyjście. Ale tak się nie dzieje. Kiedy trafia do tajemniczego miasta, w którym z nikim nie może się porozumieć, wpada tylko w coraz większą bezradność. 
Czy to bezradność wobec totalitaryzmu? Czy można odczuć niepokój bohatera także w dzisiejszych czasach? Książka wszak z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Czy to może dystopia? Pewnie tak, tak i tak.
Ale dla mnie to jedna z bardziej uniwersalnych opowieści o ludzkiej samotności. O poszukiwaniu drogi do drugiego człowieka. 

Czyli egzystencjalne smęty? Też tak! Najlepsze:) Mam wrażenie, że gdybym postawiła Epepe obok Zbyt głośnej samotności, to te dwie książki zaczęłyby ze sobą gadać. A przynajmniej na siebie zerkać z ukosa. Ej, ty też tak?? No, nawet nie mów, ja też... ;)

Ależ to było wyśmienite. Warte polecania wciąż i wciąż! @zokladki - dzięki, robisz kawał dobrej roboty, serio! 
_______________________
Epepe
Ferenc Karinthy
Tłum. Krystyna Pisarska
@wydawnictwoliterackie 
_________________________
#gdziespomiedzy #epepe #ferenckarinthy #wydawnictwoliterackie #innekonstelacje
Grudniowo - ciemno i zimno. Można (trzeba?) to prz Grudniowo - ciemno i zimno. Można (trzeba?) to przejść, przegadać, przepalić, przemilczeć, ileż możliwości! Ho ho ho.

Co to w czytaniu ostatnio? Update, choć poplątany: 

Różewicz, Huelle i Juliusz Żuławski - opowiadania. Kiedyś to się pisało, wiadomo!

Święto nieważkości. Morawy - Michał Tabaczyński w serii Sulina, tak jak lubię, miejsce jest pretekstem do opowieści o ludziach. Znacie kogoś takiego jak Jan Skácel? "Proszę mi wybaczyć 
że 
tak zacinam się 
czytając 
te urywki 
z księgi życia dla ociemniałych 
Mam pokaleczony palec i bolą mnie litery". Jan Skácel zapisany do bliższego poznania! 

Kentuki Samanty Schweblin, coś w stylu Black Mirror, dla fanów. Czyli dla mnie tak :)

Jeśli zimową porą podróżny, Italo Calvino - uwielbiam takie staroświeckie czytanie o czytaniu! Czy też pisanie o pisaniu.

Hrabal w nowym wydaniu, z wyd. Stara Szkoła. W nowym tłumaczeniu Mirosława Śmigielskiego Hrabal to wciąż pisarz, do którego chcę wracać.

I niezmiennie zajmuje mnie pytanie - jaki jest sens istnienia tych beznadziejnie brzydkich kul zimowych??? Hm. I czy to pytanie ma drugie dno? 
Tra, la, la, nie ma co wpadać w smutne tony, niepotrzebne istnienia, wszak świąteczny czas! 

Coś polecacie na przetrwanie grudniowo-zimowe?...

____________________
#gdziespomiedzy
Mój Instagram

życie i problemy

Żółte liście – część 4. I ostatnia!

25 listopada 2021
życie i książki

Granica

21 kwietnia 2022
życie i książki

Opowieści rodzinne. Babie lato – część 4

8 października 2023
życie i ...

Sto lat, kotku!

3 grudnia 2021
życie i problemy

Wychowanie, pot i łzy.

14 sierpnia 2022
życie i problemy

Wpis z notatnikiem

25 września 2021
życie i ...

O mnie – dodatek specjalny!

9 października 2021
życie i książki

Mała księga mieszkańców puszczy

2 grudnia 2023
życie i ...

Z życia wzięte

11 marca 2022
życie i książki

Czytamy dzieciom – ciąg dalszy

4 lutego 2022

© 2026 gdzieś pomiędzy | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme