Skip to content
napis gdzieś pomiędzy - blog o życiu i...
Menu
  • O mnie
  • Gdzieś pomiędzy – czyli gdzie?
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy
  • Czytamy dzieciom
  • Opowieści rodzinne
Menu
lato, zieleń, malwy, drewniany płot, drzewa

Opowieści rodzinne. Lato – część 1

Posted on 27 lipca 202327 lipca 2023 by Ola

Lato w Miłczycach pojawiło się późno.

Mieszkańcy miejscowości, którym bliżej do północy i niedźwiedzi polarnych, tak już żyją; ci, którzy mieszkają bliżej południa i słoni czy papug, cieszą się słońcem i zielenią szybciej. I dłużej.  

Zosia schowała kurtki zimowe na dobre właściwie dopiero w drugiej połowie maja, kiedy rano nie groziły już przymrozki, a temperatura dzienna nie spadała poniżej dziesięciu stopni. Czerwiec wybuchł za to ciepłem i upałami. Z narzekań na przymrozki płynnie przeszło się do narzekań na gorąc i brak deszczu. Narzekano też na rosnące ceny, na niepewną przyszłość, narzekano na rząd i na opozycję, na niemądre decyzje jednych i niezborne propozycje drugich, a na szkolnym dziedzińcu narzekano na niepewną przyszłość dziecięcej edukacji. Ze szkoły odchodziły kolejne nauczycielki, etaty były łatane na szybko i nadzwyczajnym wysiłkiem chętnych jeszcze do pracy emerytek – i jak można się domyślić – nie było to rozwiązanie na długi czas. Przypominało podstawianie wiadra pod cieknący dach, zamiast porządnego remontu.  

Zofia Halska, która uczyła już prawie dwadzieścia lat, pluła sobie w brodę, że nie umiała robić właściwie nic innego. Nie przejawiała żadnego talentu artystycznego, nie kończyła żadnych kursów przedsiębiorczości, nie odważyła się nigdy nawet pomyśleć o własnej firmie, nie znała się na komputerach… Marzyła chwilami o odejściu pracy, ale nie chciała też przechodzić na utrzymanie męża. Postanowiła w wakacje solidnie odpocząć i zabrać się za siebie. Chciała powalczyć o odrobinę dawnej energii i radości, która kiedyś ją przepełniała. Miała nawet pewien plan… Ale najpierw musiała się wyspać. 

Porządnie! 

 

W miłczyckim domu pod lasem, na skraju dawnych pól, a dziś łąk czekających na budowę nowych osiedli, w domu z zielonymi drzwiami, w  chłodnej o poranku kuchni siedzieli Robert i Julka. Reszta domowników jeszcze spała, a najmocniej spała mama Julci, Zosia. Miała za sobą pracowitą noc, a efekty tej pracy leżały na kuchennym stole. Robert i Julka przegryzali kanapki i przyglądali się rozłożonej planszy z kolorowymi karteczkami. 

– Tato? – spytała w końcu Julka, przełykając pomidorka z kanapki. – Tato, co mama właściwie robiła?  

– Mama opracowała strategiczny plan. Zobacz, tu jest tytuł: ODZYSKAĆ SIEBIE. 

– A to mama się gdzieś zgubiła? Jak to? I co to znaczy ten srate… jakiś plan? 

Robert ukrył uśmiech za kubkiem z kawą. Nalał Julce herbaty do jej kubeczka i jej podał. 

– Strategiczny. To znaczy przemyślany. Na przykład żołnierze muszą mieć strategiczne plany przed bitwami. Albo firma, jak chce się rozwinąć.  

– A mama chce walczyć, czy się rozwinąć? 

– Hm, spytaj mamy. Ja nie chcę nic mówić, bo wiesz, mama może mnie źle zrozumieć i będzie… 

– Będzie się denerwować i krzyczeć. Wiem coś o tym – Julka westchnęła z głębi swojej prawie siedmioletniej duszy. Ale jako urodzona optymistka, zaraz dodała: – Ale nie martw się, tatusiu. Mama tak tylko na szybko się gniewa. Potem jej to przechodzi. I wtedy się zgadza na dodatkowe cukierki albo na dodatkową bajkę. Może u ciebie też się na coś zgodzi. A co jest na tych karteczkach? 

Julka jako osoba energiczna nie czekała na pomoc, a sama zabrała się za czytanie kolorowych karteluszek rozłożonych na stole. Wyraźne pismo Zosi – nauczycielki ułatwiało jej sprawę. 

– WYGLĄD – przeczytała. – Tato, patrz, to jest na różowej karteczce, może inne różowe będą pasować? O, tu jest FRYZJER. A tu NOWE UBRANIA – NOWA JA.  

Robert z lekkim niepokojem również zaczął przyglądać się kolorowym karteczkom. Właściwie to lubił stare ja Zosi i nie tęsknił przesadnie za wielką przemianą w żadne nowe ja…  

– A na niebieskich jesteś też ty, wiesz? – wyrwała go z zamyślenia córka. 

– Ja?! Też pod fryzjerem?  

– Nie, tato. Ty jesteś na karteczkach pod tytułem REMONT. Ale fajnie! Podobają mi się te stratategiczne plany! Ho! Ho! Będzie remont! Ja też zrobię takie plany! Hej ho!  

Julka tanecznym krokiem i z bojową pieśnią na ustach wybiegła z kuchni na schody i pomknęła do swojego pokoju. Za chwilę rozległ się łomot zrzuconych kredek i wszelkich artykułów plastycznych. 

– Strategia-srategia – mruknął rozbawiony Robert i zaczął obmyślać, jak powiedzieć szefowi, że potrzebuje urlopu w wakacje. Dłuższego niż przewidywał.   

W pokoju Julki i jej brata Sławka trwała narada. 

– Sławek, patrz, to będą twoje karteczki. Te zielone.  

Sławcio w piżamce, zaspanymi oczami przyglądał się zamaszystym ruchom swojej o rok starszej siostry. Siedział na łóżku, kręcił na palcu włosy, co robił zawsze, kiedy był zdenerwowany i starał się zrozumieć, o czym Julka właściwie mówi?  I co mają do tego żołnierze? 

– …i to jest właśnie stratategia. Jak w walce! A na tych karteczkach narysuj, co byś chciał zmienić. Narysuj swoje nowe ja. 

– Mam być zołniezem?  

– Nie! Możesz być kim chcesz. A potem narysuj, co byś chciał w naszym domu wyremontować. Ja na przykład narysowałam nowe łóżko. Piętrowe!  

– Tak! Rozumiem! – Sławek wyskoczył z łóżka i chwycił garść kartek. – Chcemy basen w ogrodzie! Dobze? 

– O, super pomysł! Dobrze, braciszku! Basen byłby extra. To jeszcze narysuj huśtawki! A ja potrzebuję fryzjera – Julka oparła głowę na zgiętej ręce i z niechęcią pomyślała o swoich włosach. Nie lubiła ich czesać, a puszczone luzem tworzyły na jej głowie wielki chaos złożony z kręconych sprężynek. Ale mama nie chciała się zgodzić na ścięcie, mówiła, że takie włosy to skarb. E tam, nowe ja w Julce mówiło, że potrzebuje nowych włosów.  

– Sławek! Nie rysuj żołnierzy w ogródku! Nie będzie żadnych żołnierzy! 

Sławek rozczarowany odłożył kredki. To po co Jula tyle gadała o walce i tej całej stratategii??? Co to za walka bez żołnierzy?! Siostry są dziwne… 

– Idę na śniadanko – oznajmił z nachmurzoną miną. – Jak nie chces zołniezy, to zjem cały dzem! 

– Hej!!! – wrzasnęła Julka. – Jak zjesz cały dżem, to… to ja powiem mamie, że nie możesz grać w Minecraft! 

Sławek stanął w pół kroku. Musiał przemyśleć sytuację i podjąć ważną decyzję. Stratategiczną. Westchnął ciężko i oznajmił zmęczonym tonem: 

– To szanataz. Ale ja wolę pograć niż mieć zolniezy. W sumie bardziej ich lubiłem, jak byłem młodsy.  

Julka z zadowoleniem uśmiechnęła się pod nosem. Teraz jej plany będą idealne! 

Twardo śpiącej Zosi nie obudziły rozmowy z kuchni, przespała rumory z pokoju dzieci, za to nagła cisza wydała jej się podejrzana. Nawet przez zasłonę snu. Otworzyła oczy i przez chwilę zastanawiała się, czy nie pomyliła dni, może dzieciaki są w szkole? A ona nie?? Który dzisiaj jest? Sięgnęła po telefon – na czarnym ekranie widniały cyferki wskazujące, iż jest już po dziesiątej, a data była jak najbardziej wakacyjna – piętnasty lipca. Wszystko więc w porządku.  

Otworzyła okno i usłyszała głosy dzieci, bawiły się w dalszej części ogrodu. Robert był w warsztacie garażowym. Hania… mogła być wszędzie. Może poszła powłóczyć się ze szkicownikiem, może spotkała z Maksem czy Liwią, może też jeszcze po prostu spała.  

A Jędrek? O Boże, przecież to dziś! Dziś trzeba odebrać wyniki Jędrka! Zosia boleśnie się skrzywiła na samo wspomnienie gastroskopii, chciałaby tego oszczędzić synkowi, ale nie było innej rady. Wyniki badań krwi, jakie musieli zrobić, nie były jednoznaczne i pobranie wycinków z jelita było jedynym wyjściem. Dziś okaże się, czy Jędrek ma celiakię, czy nie… Taka była opinia lekarza, dzisiejsze wyniki miały ją albo wykluczyć, albo – potwierdzić.  

Jeszcze parę dni temu rozmawiała o wszystkim po kolacji, kiedy zostali przy stole sami z Robertem. 

– Wiesz – zaczęła wtedy Zosia, patrząc na stół zastawiony resztkami składników do kanapek – jeżeli Jędrek będzie miał tę celiakię, trzeba będzie kupować mu osobny chleb. Bezglutenowy. 

– A nie możemy wszyscy go jeść? Nie byłoby łatwiej? – Robert był pełen dobrych chęci. Zosia pomyślała, że jej mąż ma wiele drobnych przywar, drażniących i denerwujących, ale nie można mu odmówić pozytywnego podejścia do życia. Odruchowo wyciągnęła rękę i wyciągając ją przez cały stół lekko pogłaskała męża po policzku. Stanowczo za rzadko to robię, pomyślała jeszcze i wróciła do tematu choroby dziecka. 

– Byłoby łatwiej, ale nie jesteśmy tak bogaci. Patrzałam w internecie na ceny bezglutenowego chleba, mówię ci, zbankrutowalibyśmy. Mąki też mają ceny kosmiczne… Czytałam też, że jeżeli w rodzinie jest ktoś z celiakią, to ma osobne garnki, osobną szafkę… 

– Dlaczego?! 

– Bo do ich jedzenia nie może przedostać się nawet okruszek jedzenia z glutenem. 

– Ale przecież… A wycieczki? Wyjścia? Ciasta? Kurde, nie myślałem, że gluten jest tak podstępny! 

– No… Ale jeżeli to właśnie ten cholerny gluten niszczy mu brzuch, to co mamy poradzić? A wiesz co, powiem ci coś jeszcze. Tylko się nie denerwuj! 

– Jasne. Jestem oazą spokoju. Zwłaszcza po takim wstępie! O co chodzi, Zosiu, mów. 

Zosia bezradnie popatrzała w ciepłe i pełne zaufania oblicze męża. Potarmosiła sobie włosy, westchnęła i w końcu wyrzuciła z siebie: 

– Bo wiesz, jak Jędrzej będzie miał celiakię, to trzeba będzie zrobić mu badania na inne choroby. To nie jest tylko kwestia jedzenia bez pszenicy. To choroba autoimmunologiczna, gdzie organizm źle funkcjonuje i mogą się rozwijać inne choroby. – Zosia musiała przerwać, oczy jej się zaczerwieniły, ale po chwili mówiła dalej: – To może być cukrzyca, tarczyca, choroby skóry, a nawet… nawet… daj mi chusteczkę, poproszę. Muszę nos wydmuchać, to wszystko jest bez sensu!  

Robert okrążył stół, podał Zosi chusteczkę, przytulił ją. 

– No już, nie płacz. Przecież ty nigdy nie płaczesz. Jesteś Zosia Halska z domu Szreder, najtwardsza babka w okolicy, a taka obsmarkana. No już. Damy radę, zobaczysz. Nie becz, jesteś duża dziewczynka. Silna. A ja głupoty pierdzielę z tych nerwów. 

– No, pierdzielisz. Ale masz rację. Co by nie było, damy radę. Ekhm, i wybacz, masz parę glutów na koszulce. 

 

Więc to dziś. Choćby nie wiem co, dadzą radę. Na szczęście wakacje dopiero co się zaczęły i mają sporo czasu, żeby się oswoić z bezglutenowym jedzeniem. Grunt to się nie zalamać, a na to Zośka miała swój plan! Do dzieła! –  powiedziała sobie energicznie i wyskoczyła z łóżka.

Za chwilę z łóżka spadł obudzony i przestraszony nagłym odsunięciem kołdry kot Benek, który do tej pory smacznie drzemał. Obrażony wyszedł z pokoju i przez otwarte w salonie drzwi tarasowe wyszedł na ogród. Wkrótce zza traw wystawał tylko jego wysoko uniesiony na znak protestu ogon. 

*** 

Niepomna wszystkich burz dziejących się w domu Hania wędrowała z plecakiem przez las. W plecaku niosła szkicownik i ołówki, lecz na razie nic nie wyciągała. Po prostu szła i pozwalała, by całe piękno lipcowego dnia wchłaniało się w nią i przenikało. Wiedząc, że nikt jej nie widzi, pozwalała sobie na stanie z zamkniętymi oczami, wyciąganie rąk w stronę słońca. Czasem mrużyła oczy i przekrzywiając głowę oglądała świat przebłyskami i cieniami. Rozdzielała smugi światła na pojedyncze pasma, dodawała do nich zieleń liści, wszystkie odcienie brązu i układała w nowej kolejności, zamieniała, mieszała, a obrazy płynęły przez nią i zapadały się pod powiekami.  

Choć trzeba przyznać, że niektóre wymachy rąk nie były tak romantyczne, a służyły li i jedynie odganianiu wszelkich owadów sprzed twarzy. Lub nitek pajęczyn. Mimo to szła przed siebie, czując po raz pierwszy od dawna czystą radość życia. Miała za sobą lata szkolnej opresji, eufemistycznie zwane przez społeczeństwo “edukacją”. Ze świadectwem dojrzałości w kieszeni była w końcu wolna! Trochę trudno przyszło jej z tej wolności korzystać, bo plany wciąż się zmieniały, a każdy nowy wydawał się bardziej pasujący. Dopóki nie pojawił się nowy na horyzoncie.  

Studia? Papiery złożone, na socjologię, ale czy to ta wymarzona droga? Czy na pewno? W sumie studia zawsze można zmienić. Mama z tatą nie naciskali pod tym względem, chcieli, żeby sama decydowała o swojej przyszłości.  

Wyjazd na rok? Maks i Liwia jechali do Holandii, załatwili sobie pracę gdzieś w kawiarni, czy barze. Namawiali i ją. Ale na cały rok? Była na to gotowa? O tym nawet rodzicom jeszcze nie mówiła, nie była pewna, czy warto podejmować rozmowę, jeżeli sama nie jest zdecydowana. Kiedy myślała o takiej zupełnej dorosłości, z jaką wiązał się wyjazd z domu na cały rok, czuła jednocześnie dreszcz niepokoju jak i podniecenia. Studia wydawały się nudą. Stateczną nudą w porównaniu z Holandią. I bezpieczną nudą…  

Świecie mój, podpowiedz mi, co mam zrobić? Hania chwyciła pierwszą gałązkę z listkami, zerwała i rwąc pojedyncze listki odliczała: jechać, studiować, jechać, studiować, jechać… Studiować.  

A chyba jednak wolałaby jechać!  Jak to kiedyś napisał Tolkien? – próbowała sobie przypomnieć. To było coś o drodze przed sobą. O, tak to szło: „Czasem niebezpiecznie jest wyjść z domu, gdy staniesz na drodze, nigdy nie wiadomo, dokąd cię nogi poniosą”. Tak właśnie jest, panie Tolkien, tak właśnie jest u mnie! – dodała w myślach.

Tfu, następna pajęczyna. Chyba czas wracać. Albo jeszcze najpierw naszkicować trochę tego lasu…  

– Hania, kobieto, przydałoby ci się więcej zdecydowania – mruknęła do siebie pod nosem. – Tak to daleko nie zajdziesz. Będziesz dreptać w miejscu. I zjedzą cię mrówki. I gzy. Tfu, uciekajcie mi, no już! Wynocha! 

*** 

Lato. Moment, kiedy życie zdaje się nieco zwalniać w swym pędzie, daje czas na podjęcie decyzji, poradzenie sobie z problemami. Długi dzień daje więcej chwil na uśmiech. Malownicza zieleń pokrywa większość niedostatków, malwy zakrywają drewniane krzywe płoty, słoneczniki odwracają uwagę i każą spojrzeć w górę, a to jak powszechnie wiadomo, sprzyja bardziej optymistycznemu spojrzeniu na życie. Latem nie da się chodzić ciągle z głową w dół, nie wciskamy jej też między szalik a czapkę. Deszcz witany jest z radością zarówno przez strapionych ogrodników jak i paru upartych rolników, co jeszcze się nie poddali i wciąż uprawiają ziemię. Wdzięczna za wilgoć ziemia nagradza upojnym zapachem rumianku, łubianów, trawy, czasem nawet niepokojącym nieco zapachem dzikiej róży.  

Lato. Pachnąca słońcem rozgrzana skóra. Pootwierane okna, promienie tańczące po drewnianych podłogach. Spakowany plecak i wycieczka. Szczęście na wyciągnięcie ręki. Kwaśne papierówki gotowane w kuchniach na dżemy. Wiśnie udające czerwoną biżuterię, co ozdabia najpierw drzewa w sadach, a potem błyska ze słoików w spiżarniach. Pachnące na cały dom ogóreczki małosolne, najlepsze na letnie kanapki. Chrzęszczący pod nożem szczypiorek, świeżutki, którym ogorzałe od pracy na powietrzu ręce posypują twarożek.  

Ten moment, kiedy wszystko wydaje się być na swoim miejscu, dopóki ekran telefonu czy telewizora nie zacznie przekazywać wiadomości o pożarach, rekordowych temperaturach czy utonięciach.

Bo też nie ma takiego dnia, miesiąca czy pory roku, które obiecywałyby, że dziś wszystko będzie dobrze. Zawsze pojawią się problemy i tragedie. Ludzką siłą jest po prostu codziennie mieć nadzieję na siły, by sobie poradzić.

Taką nadzieję miała i Zosia, kiedy odebrała wyniki Jędrka. Tego dnia ostatecznie potwierdziło się, że jej syn ma celiakię. Oznaczało to, oprócz wszystkich problemów związanych ze zmianami w diecie, iż od dziś przynajmniej wiadomo, czemu tak bolał go brzuch, czemu często chorował i czemu miał anemię. Wiadomo, co mu jest i jaką drogą iść dalej – a to już dużo!

Nawigacja wpisu

← Urlop. Kawa. Kryminał.
Literacki Sopot 2023 →

2 thoughts on “Opowieści rodzinne. Lato – część 1”

  1. Agata pisze:
    29 sierpnia 2023 o 09:06

    Ale to jest świetnie napisane! Podoba mi się ogromnie. Chcę więcej! Zaraz się zabieram za czytanie poprzednich po kolei

    Odpowiedz
    1. Ola pisze:
      29 sierpnia 2023 o 13:23

      dziękuję ci bardzo! To zapraszam do świata Zośki 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

kontakt
Ola, siedzi w oknie, zdjęcie czarno - białe, melancholijne, bo tematem jest czas
To ja, Ola, zapraszam do mojego zwykle uśmiechniętego świata. Choć chwile zwątpienia, goryczy i szarości też tu są, co zrobić... Też tak masz? To się zrozumiemy!
Poczytasz u mnie o codzienności, o polecanych książkach, czasem o wychowaniu. Ot, życie najzwyczajniejsze. Choć przeplatane bajkami!

Ostatnie wpisy:

  • W czym posadzimy dzikie łąki?
  • pomilcz smutek
  • Zaczarowany Las Mądrości
  • Książkowe historie
  • Trochę o ogrodach

Archiwa blogowe:

  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • luty 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy

anegdotki dobry humor dziecko jesień kryminały książki malarstwo matka-feministka małżeństwo musierowicz muzyka notatki nowy_dzień opowiadanie przepis reportaże rodzina rozmowa rozmowy samo życie spokój współczucie wychowanie wyjaśnienie zdjęcia zdrowie święta żółte liście

gdzies.tam.pomiedzy

Przeważnie czytam.
Czasem piszę o życiu: bajki i inne bzdurki.

Mało ostatnio polecam książek dla dzieci. Ciężko t Mało ostatnio polecam książek dla dzieci. Ciężko trafić mi na coś naprawdę ciekawego... Dlatego na opowieść Małgosi Cudak rzuciłam się już w sprzedaży przedpremierowej, szaleństwo, ale tak - tęskniłam za dobrą książką z zakresu literatury dziecięcej.
I moja wiedźmowa intuicja dobrze mi podpowiedziała... Posłuchajcie:
Jest tu rodzeństwo, Małgosia i Jaś, jest ich zapracowany tata któremu brakuje czasu, i mama co czuje się ściśnięta w życiu jak w przyciasnym fartuszku. 
I jest splot wydarzeń, który sprawia, że dzieci trafiają do chatki Baby Jagi w środku lasu.

"Jesteście w samą porę, najwyższy czas. Jeszcze trochę, a byłoby za późno". 

Na szczęście nie jest. Wszak zegar pokazuje, że mamy jeszcze chwilę do końca bajki. Małgosia, Janek i Babcia razem czarują: sprzątają, piorą wielkie pantalony (i wielkie koszule, takie co pomieszczą marzenia), robią ciastka, rozpalają piec, rozmawiają, tik-tak, tik-tak, zegar tyka spokojnie, "nic nie gubi się, nie znika, lecz wzajemnie się przenika". Dzieci uczą się, a raczej przypominają sobie i całej rodzinie, co jest najważniejsze.

A wiecie co Babcia trzyma w szafie? 
Ja wiem:)))

I taką bajkę naprawdę polecam. Tak jak wcześniej Latający dom i inne bajki czy Małą księgę mieszkańców puszczy tej samej autorki. Po prostu dobre, taka literatura piękna w zakresie dziecięcym...

Polecany wiek: 5+ (Małgosia ma tu 7 lat, Jaś 5)
_______________________
Na zegarze wpół do bajki
Małgorzata Cudak
Ilustracje: Agnieszka Pradelok
Wyd. Na Stronie Bajki
_______________________
#gdziespomiedzy
#nastroniebajki
#nazegarzewpółdobajki
#małgorzatacudak #agnieszkapradelok
Niektórzy mówią, że literatura nie potrafi ocalić. Niektórzy mówią, że literatura nie potrafi ocalić. 
Ależ wierutne to bzdury! 

Anna Świrszczynska i zbiór wierszy wybranych w tomiku "Jestem gotowa" i czytanych przeze mnie właśnie na ocalenie. Parę podrzucę, podzielę się kołem ratunkowym:)

"Nie trzeba jej pocieszać
nie wolno się litować" - pisał gdzieś Różewicz. Racja. Nie o pocieszenie tu wszak idzie, nie o litość. To o nazwanie chodzi. O właściwe słowo układające świat. 

Więc dziś - świat Anny Świrszczynskiej. Ten jego fragment, który nie upiększa rzeczywistości. 

Jak żyć bez upiększania? 
- Szeroko i bezbrzeżnie.
__________________
Jestem gotowa
Anna Świrszczynska, wybór wierszy: Barbara Gruszka-Zych
Państwowy Instytut Wydawniczy
______________________

#gdziespomiedzy
#annaświrszczyńska
#państwowyinstytutwydawniczy
Jestem czytelniczym snobem więc lans na Gospodinow Jestem czytelniczym snobem więc lans na Gospodinowa musi być, a jak. 
Fizyka smutku - błyskotliwa, przyznaję, bardzo. Intrygujący tytuł, nieoczywisty bohater - co potrafi wchodzić we wspomnienia i emocje innych ludzi, ba, innych istot ("Pamiętam, że umarłem jako nagi ślimak, krzew dzikiej róży, czerwcowa chmura"...), reinterpretacja mitu o Minotaurze, kapsuła czasu, co jeszcze... 
Dużo takich błyskotliwych pomysłów. Celnych zdań, spostrzeżeń. Książka - błyskotka. 
Można się pobawić. 
Tylko czuję, że jutro o niej zapomnę, ot, właśnie.

Może jakby moja fizyka smutku - czy raczej geografia, historia smutku - obejmowała te same tereny co u Gospodinowa - to wzięłabym tę powieść bardziej do siebie. Ale we mnie nie ma nostalgii za minionymi czasami. 

"Schron przeciwczasowy" był lepszy! Można się pokłócić, i tak nie zmienię zdania;)
_________________________
Fizyka smutku
Georgi Gospodinow
Przekład: Magdalena Pytlak
Wyd. Literackie
__________________________
#gdziespomiedzy #fizykasmutku #georgigospodinow #wydawnictwoliterackie
Z cyklu: zły to świat, okrutny świat, czemuż inneg Z cyklu: zły to świat, okrutny świat, czemuż innego nie ma świata! 
A jak nie ma, to zostaje się wypisać. Więc piszę: 

Zanikanie w byciu - to nie moje kroki nie mój uśmiech 
Wydaję sobie resztę z wszelkiej pewności i zostaje:
Coś co napiszę parę razy zapalę 
To już 

***

Mierzę się z księżycem na obojętność spojrzeń i przegrywam, więc 
jednak jeszcze jestem 

#gdziespomiedzy

#bazgrzęwięcjestem
A może właśnie tak: "Pięknie byłoby objąć noc j A może właśnie tak: 

"Pięknie byłoby objąć noc 
jak odnalezionego syna
i dowiedzieć się 
o co Cézanne pytał jabłek 

I zrozumieć któregoś deszczowego dnia
że prosta to punkt wydłużony dlatego 
by dosięgnąć serca własnego"

Jan Skácel 

Może właśnie tak... A my wszyscy biegamy zygzakiem. 

Wiersze Skacela znam dzięki @toznaczy_poezja - dziękuję za podzielenie się! Takie one miękkie, nienachalne - i oczywiście smutne - wiadomo. 

#gdziespomiedzy
#janskacel
Wpadłam do biblioteki po coś zupełnie innego, a Ep Wpadłam do biblioteki po coś zupełnie innego, a Epepe leżało sobie na ladzie. Jak już tak leżało to wzięłam, raczej z myślą: no ciekawe, o co właściwie tyle hałasu...
I przeczytałam prawie jednym tchem. 

Budai, bohater powieści, to racjonalny człowiek z analitycznym umysłem, wydawałoby się, że zrozumie spokojnie każdą sytuację, zawsze znajdzie wyjście. Ale tak się nie dzieje. Kiedy trafia do tajemniczego miasta, w którym z nikim nie może się porozumieć, wpada tylko w coraz większą bezradność. 
Czy to bezradność wobec totalitaryzmu? Czy można odczuć niepokój bohatera także w dzisiejszych czasach? Książka wszak z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Czy to może dystopia? Pewnie tak, tak i tak.
Ale dla mnie to jedna z bardziej uniwersalnych opowieści o ludzkiej samotności. O poszukiwaniu drogi do drugiego człowieka. 

Czyli egzystencjalne smęty? Też tak! Najlepsze:) Mam wrażenie, że gdybym postawiła Epepe obok Zbyt głośnej samotności, to te dwie książki zaczęłyby ze sobą gadać. A przynajmniej na siebie zerkać z ukosa. Ej, ty też tak?? No, nawet nie mów, ja też... ;)

Ależ to było wyśmienite. Warte polecania wciąż i wciąż! @zokladki - dzięki, robisz kawał dobrej roboty, serio! 
_______________________
Epepe
Ferenc Karinthy
Tłum. Krystyna Pisarska
@wydawnictwoliterackie 
_________________________
#gdziespomiedzy #epepe #ferenckarinthy #wydawnictwoliterackie #innekonstelacje
Grudniowo - ciemno i zimno. Można (trzeba?) to prz Grudniowo - ciemno i zimno. Można (trzeba?) to przejść, przegadać, przepalić, przemilczeć, ileż możliwości! Ho ho ho.

Co to w czytaniu ostatnio? Update, choć poplątany: 

Różewicz, Huelle i Juliusz Żuławski - opowiadania. Kiedyś to się pisało, wiadomo!

Święto nieważkości. Morawy - Michał Tabaczyński w serii Sulina, tak jak lubię, miejsce jest pretekstem do opowieści o ludziach. Znacie kogoś takiego jak Jan Skácel? "Proszę mi wybaczyć 
że 
tak zacinam się 
czytając 
te urywki 
z księgi życia dla ociemniałych 
Mam pokaleczony palec i bolą mnie litery". Jan Skácel zapisany do bliższego poznania! 

Kentuki Samanty Schweblin, coś w stylu Black Mirror, dla fanów. Czyli dla mnie tak :)

Jeśli zimową porą podróżny, Italo Calvino - uwielbiam takie staroświeckie czytanie o czytaniu! Czy też pisanie o pisaniu.

Hrabal w nowym wydaniu, z wyd. Stara Szkoła. W nowym tłumaczeniu Mirosława Śmigielskiego Hrabal to wciąż pisarz, do którego chcę wracać.

I niezmiennie zajmuje mnie pytanie - jaki jest sens istnienia tych beznadziejnie brzydkich kul zimowych??? Hm. I czy to pytanie ma drugie dno? 
Tra, la, la, nie ma co wpadać w smutne tony, niepotrzebne istnienia, wszak świąteczny czas! 

Coś polecacie na przetrwanie grudniowo-zimowe?...

____________________
#gdziespomiedzy
Zapis listopadowy: lubię moje małe akty autodestr Zapis listopadowy:

lubię moje małe akty autodestrukcji
palenie i czytanie
omijanie życia bokiem
tanie buty z promocji

***

Lista mogłaby być dłuższa, ale straciłaby rytm, nie warto, poza tym lepiej zrobiła to Jane Hirschfeld. Ach, ten bluesowy smutek. 

@jasno.i.cicho - słodycz jabłek i fig niech będzie cała dla ciebie - w podziękowaniu za podzielenie się wierszami Jane! Kiedy to już było, z rok temu, a ja wciąż do nich wracam.

Jeszcze takie fragment, z wiersza Przeciwko pewności: 

"Żyć wśród tego wspaniałego znikania, jak musi żyć kot,
cień wewnątrz cienia, pełne odprężenie".

No mówię że listopad!
_____________________
#gdziespomiedzy #janehirshfield #trójnożnyblues

#listopadsropad
Rozważnie ale i niepoważnie. Kto tak czasem nie po Rozważnie ale i niepoważnie. Kto tak czasem nie potrzebuje, ja nie wiem, nie znam takich albo też szybciutko taką zbyt poważną znajomość kończę:) Bez humoru ani rusz dalej. Te wszystkie balony powagi i dostojeństwa tak bardzo potrzebują przekłucia, że tylko biegać ze szpilkami...
Umberto Eco na marginesie swojego poważnego brulionu dorysowuje wąsy filozofom i układa ich doktryny w rymujące się wierszyki. 
Ja nie wiem, co na to Kant czy wielebny Anzelm z Aosty, ale mi się tak podobało! 
Druga część to szturchanie literatury.  Tak często wydaje się nam - bo na pewno nie tylko ja tak mam - że literatura piękna czy inny Tomasz Mann to nie dla zwykłych śmiertelników, że trzeba przejść jakiś stopień wtajemniczenia, że wstyd nie znać ale też wstyd nie polubić, jak tu żyć, no nie da się! Tymczasem w tych wszystkich czarodziejskich górach można odkryć tyle ironii, uszczypliwego poczucia humoru - nie trzeba nam klękać na kolana a po prostu uśmiechnąć się i czytać, czytać. U Eco po nosie dostaje też Proust czy Joyce. 

Przypomina mi się, że wszystkie gazety zawsze zaczynałam czytać od felietonów, szukałam rysunków satyrycznych, dopiero uzbrojona chwilą uśmiechu mogłam iść w powagę. 

Taką chwilę daje też książeczka Umberto Eco, ode mnie - polecajka! 

@oficyna_noir_sur_blanc - #wspolpracabarterowa 
_____________________________
Rozważania niepoważne 
Umberto Eco
Tłum. Monika Woźniak i Iga Kochańska
Tomasz Stawiszyński - krótkie przypomnienie filozoficznych pojęć czy nazwisk
Wyd. Noir sur Blanc
____________________________
#gdziespomiedzy #bookstagram #rozważanianiepoważne #umbertoeco #oficynanoirsurblanc
Mapa niepokoju - gdzieś otwarte okno. Niezamieszka Mapa niepokoju - gdzieś otwarte okno. Niezamieszkanie.
Niedokończenie 
Nie-pokój
_________________________
No i został taki obrazek niedokończony. 

#gdziespomiedzy 
#kolażanalogowy

#mewarządziijuż
Jestem tylko zwykłą czytelniczką - czuję potrzebę Jestem tylko zwykłą czytelniczką - czuję potrzebę usprawiedliwienia, z góry przepraszam - i jako taka - bo żadna ze mnie znawczyni - nie wiem czemu akurat Panny z Wilka tak stanęły na piedestale, no nie wiem! 
Niech mnie ktoś przekona, że to opowiadanie przetrwało próbę czasu, chętnie posłucham, i odpowiem, że chyba raczej jednak nie przetrwało :)

Ale opowiadanie o cyrkowcu, co zaczyna poznawać inne życie, kończy się to tragicznie,  albo o opętaniu miłością, oj biednieńkij on i ona, ta od aniołów... Brzezina też mi zostanie w pamięci, z całym tym swoistym pięknem, na granicy liryki i zwykłego życia. Opowiadanie o rodzinie z młyna znad Lutyni, o wojennych ranach w duszy i w drugim człowieku - tak, bierzcie, czytajcie! Tak się pisze opowiadania, takich chcę czytać więcej!

Jakie właściwie polskie opowiadania polecacie? 
Mają też być tak dobrze napisane, jak u Iwaszkiewicza, taki warunek:)
___________________________
Brzezina i inne opowiadania 
Jarosław Iwaszkiewicz 
Wyd. Czytelnik
___________________________
#gdziespomiedzy #bookstagrampl #brzezinaiinneopowiadania #jarosławiwaszkiewicz #wydawnictwoczytelnik
Gdzieś tam pomiędzy bibliotecznymi regałami, troch Gdzieś tam pomiędzy bibliotecznymi regałami, trochę obok Leśmiana,  ale tak bardziej w mrok, gdzie pod nogami pałętają się koty, jeże, w bibliotece wszystko wszak może się zdarzyć, jesienny zachód słońca też, nicości, byt z niebytem się mylą, a ja obok stoję i przypatruję się przelatującym gawronom, pomiędzy istnieniem a jego odwrotnością, wyciągam z regału Rymkiewicza, na los się zdaję, oj, to nie jest najlepszy pomysł... 
@w.dziurawych.trampkach - wybrałam te jesienne ogrody, proszę bardzo:)
_________________________
Jarosław Marek Rymkiewicz
Zachód słońca w Milanówku
Wyd. Sic!
________________________
#gdziespomiedzy #bookstagrampl #jarosławmarekrymkiewicz #zachódsłońcawmilanówku
Mój Instagram

życie i ...

Czerwiec.

19 czerwca 2022
życie i problemy

Za oknem słyszę mewy

28 lutego 2025
życie i ...

O dziecku, co jest mądrzejsze od mamy

28 września 2021
życie i ...

Sto lat, kotku!

3 grudnia 2021
życie i książki

Powrót do Whistle Stop

20 listopada 2021
życie i problemy

Dzieci i trudne tematy… Jak rozmawiać o śmierci?

29 maja 2022
życie i książki

Kubek melisy

19 lutego 2022
życie i książki

Opowieści rodzinne. Wiosna – część 4

12 marca 2023
życie i problemy

Parę słów od zapyziałej idealistki.

4 marca 2022
życie i książki

Z cyklu – o książkach

26 września 2021

© 2026 gdzieś pomiędzy | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme