na jesiennym tle leży kalendarz, wokół leżą też kwiatki, żółte róże

O żółtym kalendarzu

Dostałam go w prezencie. Żółciutki, z grubaśną okładką.

Ja, jak to zwykle ja, ładnie go podpisałam, pierwszego stycznia zanotowałam, że byliśmy w Dębkach na kawie i potem już sobie biedny leżał. Odkurzyłam go w czasie nauki zdalnej, żeby nie zapomnieć co na jakim portalu robić, żeby się nie pogubić, co, kiedy, jakie hasło… Moja pamięć zrobiła się dziurawa ze stresu i stwierdziłam, że łatwiej będzie zapisywać ważne rzeczy w jednym miejscu, a nie na rozproszonych karteczkach.

I zasadniczo się tego już trzymałam i trzymam. Zapisywałam, komu groziłam przepytaniem w szkole, co zadałam, komu pożyczyłam książkę, kiedy wizyty u lekarza. Moja zdolność do koncentracji w maju i czerwcu była tak tragicznie niska, że zapisywałam tam nawet „zadzwonić do swojej własnej siostry” albo „spytać Maję, co chciała ze mną obejrzeć”. I na którą jest zakończenie roku. Albo mam coś takiego: „Gminny Konkurs – SPYTAĆ GDZIE??!!” – musiałam się upewnić, gdzie dzieci wysłać i się nie pomylić… facepalm. No comment.

Oczywiście mnóstwo notatek z zebrań, rad itp.

Wakacyjne pierwsze tygodnie są rozkosznie puste, leniwe.

Potem ostrożnie zaczyna toczyć się lawina, od jednego kamyczka, po coraz więcej – zaczynam notować pomysły na wpisy. Trzymałam kalendarz zawsze blisko, żeby zanotować jak najkrócej i najszybciej, co Piotruś powiedział, co w radio usłyszałam, co w gazecie przeczytałam.

Cały czas pomiędzy tymi zapiskami pojawiają się tytuły książek, które chcę przeczytać, albo polecić. Strzałki – co, dla kogo, dlaczego. Pierwszy września ozdobiony kwiatkami, hehe.

Odhaczanie, co już napisałam, notatki z informatyki i tworzenia stron. Istna kobieta sukcesu!

Wiecie, czemu to wszystko piszę? Bo wśród tych wszystkich planów przyszpilonych jak motyle do kartek, jest też takie zdanie: „Mam na imię Ola i jestem beznadziejna.”  

***

Zabolało. Pamiętam, kiedy to pisałam. Nie było to w formie żarciku, gorszego humoru – to było z głębi duszy pierwsze zdanie, jakie przyszło mi na myśl o sobie w tamtym momencie. Jak rzeczywiście wydawało mi się, że już nic więcej nie zrobię, że ja już tylko poproszę, żeby dać mi święty spokój. I tak sobie nie poradzę i szkoda czasu.

Myślę, że wszyscy mamy takie chwile i najczęściej wyciągamy się za uszy, znajdujemy coś, co daje nam nadzieję. Jakoś te swoje zwłoki wyciągamy za pupsko z wyrka. Bo jednak warto wstać. I po prostu żyć. Szukamy…

Czy u was też tak jest, że ta cienka czerwona linia, poza którą traci się równowagę, jest tak blisko? Że czasem wpadacie na drugą stronę? Ale jakimś cudem trzymacie w ręku nić, dzięki której wracacie z powrotem na słoneczną stronę życia… Moją nicią były różne drobnostki, które dla mnie w tamtym momencie urastały do rangi grubej pomocnej liny okrętowej.

Raz była to króciutka rozmowa. Raz wyjazd nad morze. Kiedy indziej to, że zadzwoniłam do męża i on wiedział, że musi ogarnąć zakupy sam, bo ja nie mam siły. Najczęściej jakaś chwila śmiechu, chociażby w oparach absurdu. Listy pisane do przyjaiółki.

Potem mnóstwo ciepłych słów dostałam od Was – nawet nie umiem napisać, jak bardzo chciałabym Wam podziękować, za każdy komentarz, za każde rzucone „Ola, to, co piszesz jest super!”. Po prostu – dziękuję!!!

Nie chodzi o to, że piszę dla miłych komentarzy – to nie tak. Piszę, bo to mój ratunek przed utratą wiary. Piszę, bo zawsze pisałam, mój pierwszy „pamiętnik” zaczęłam w wieku 9 czy 10 lat, serio! Piszę, bo wtedy wszystko sobie układam i odnajduję siły. Jak siadam przed pustą kartką to robię w głowie porządki – co warte zapamiętania, co odrzucić, co właściwie było humoreską a co naprawdę boli.  

Ale nigdy nie myślałam, że mogę tym pisaniem pomóc nie tylko sobie samej ale i komuś gdzieś w świecie! Dodajecie mi pewności siebie. Fakt, że najpierw ja sama musiałam uwierzyć i nie schować się do jakiejś dziupli, tylko po prostu pisać dalej. Przyznam się Wam, że pisząc coraz bardziej osobiste rzeczy, pierwszy raz poczułam, że mogę mieć swój głos, że mogę wyrazić, co myślę, co czuję w różnych momentach i to, że niebo nie zawaliło mi się na głowę – uznałam na początku za cud, tak bardzo mało miałam pewności siebie. Więc znów – dziękuję!

Nie mam rozbujałych ambicji, że tą bazgraniną zbawię świat, nie chcę nikomu mówić i dyktować, jak ma widzieć różne sprawy. Nie po to piszę. Piszę przede wszystkim dlatego, że pisałam zawsze a jeśli komuś jest z moim odczuwaniem świata po drodze, to niech wie, że nie jest sam. Ja też niejednokrotnie byłam ratowana psychicznie przez to, co przeczytałam i wiedziałam, że gdzieś ktoś mnie rozumie.

***

Kiedyś myślałam sobie, że gdybym mogła być czymś innym niż człowiek, to byłabym drzewem – bo zawsze mam w sobie nadzieję na wiosnę. Wśród listopadowej ponurości, ogołocenia – ja mam w sobie nadzieję na wiosnę. Nie chcę już nigdy myśleć o sobie, że jestem „beznadziejna”.

Nie wiem, czy gdzieś mnie znowu kiedyś ta łajza pod tytułem załamanie, czy cień depresji, nie dopadnie, ale łatwo się nie poddam. Mam w sobie więcej siły, niż na pierwszy rzut oka wygląda! My wszyscy mamy!

Jeżeli ktoś, kto to czyta, czuje, że jest blisko tej krawędzi, że nić wymyka mu się z rąk – nie czekajcie. Szukajcie pomocy, szukajcie rozmowy, szukajcie pomysłów. Po tamtej stronie, w cieniu, jest źle.

***

I takie małe PS – nie wiem, jak mogłam zapomnieć, ale jak robiłam wpis o mojej sieci, to zapomniałam o rozrywkowych rzeczach – PigOut niejednokrotnie ratował mi tyłek przed popadnięciem w bezmiar chandry i smęcenia. Recenzje książek i filmów, przegląd wiadomości najzupełniej niepotrzebnych z punktu widzenia Spraw Ważnych ale potrzebnych dla śmiechu. To dzięki PigOutowi wiem, co mówią gwiazdy na Pudelku albo w jakim filmie zagrał ostatnio Karolak…

A druga studnia żartów, śmiechu i dobrego humoru, to komentarze na fejsbukowej stronie CHPD – oj, co tam są za antydepresanty! Chwila endorfin gwarantowana. Magdalena Kostyszyn – Tytułowa Pani Domu – wydała ostatnio książkę „Też tak mam”, którą to oczywiście zapisuję sobie w moim kalendarzu, do kupienia.

***

A żeby nie było smutno, to mam dla Was dowcip. Mój ulubiony! Żona patrzy jak mąż robi naleśniki i woła do niego:

– Tylko nie nożem po teflonie!

A mąż na to:

– Sama jesteś poteflon…

***

Tak jeszcze tylko zapytam, czy tylko ja nie wiedziałam, o co chodzi z tymi mordującymi ostatnio kobietami? No fejsa przeglądam, czy inne njusy, a tam co rusz pojawia się wątek pań biegających raźno po plaży i sobie kogoś mordujących. Tylko nie pisali kogo. Aż dopiero dziś zajarzyłam, że to słynny słownik i autokorekta – miało być MORSUJĄCE KOBITKI… A nie mordujące. To ja już wiem!

namalowany obrazek dziewczynki idącej brzegiem morza
Lista rzeczy do zrobienia, jest na niej kilka punktów, np. kupić dziecku kapcie czy kupić kawę, czekoladę i cokolwiek do jedzenia

3 komentarze

  1. Olu kochana samo życie radość i czarna dziura beznadzieja ale nie myśl o sobie ze jesteś beznadziejna jesteś najwspanialszą kobietą pod słońcem kocham cię i ty siebie też kochaj jesteś wyjątkowa ❤️polecam Ci Gang Skalskiej – poluzuj gumę w gaciach-jest bardzo pozytywna i też ciekawie i inspirująco pisze życzę wam radosnego i spokojnego weekendu

  2. No i proszę, nawet wzór i moja motywacja do działania pomyślała kiedyś o sobie, że jest „beznadziejna”. Całkiem niesłusznie, i jak bardzo po ludzku… A zdjęcie, Olu, naprawdę udane! Tak naprawdę! Różyczki ładne i pasują do tego żółciutkiego kalendarza! Ładne zdjęcia, swoje czy nie swoje, też są częścią tej linki przeciągającej na jaśniejszą stronę świata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.