wiosenna droga wśród między łąką a sadem

List do naszych dzieci

Napisałam to opowiadanko po wizycie z synem u lekarza. Rozmawialiśmy w poczekalni i ta rozmowa tkwiła mi w głowie... Takie mamy dzisiejsze czasy...

Nadałam tej rozmowie formę listu do córki, bo ten strach o to, co będzie się działo z życiem mojego dziecka pierwszy raz poczułam właśnie w ciąży z córką, Mają. Zapraszam na "List do córki. Kwiecień 2022".

Marysiu, córcio moja, piszę do Ciebie kolejny list. Nigdy nie umiałam pisać pamiętnika, a chcę zostawić Tobie coś więcej, niż zdjęcia. Zadziwiasz mnie codziennie czymś nowym, sprawiasz, że rano mam powód, by wstać. Wiesz czemu? Nie tylko z wielkiej miłości. Otóż kiedy rano otwieram oczy, niezmiennie od pierwszego dnia Twojego życia zastanawiam się, czym Ty mnie dziś zaskoczysz… Twoja wyobraźnia jest niezgłębiona, niezbadana i nieujarzmiona. Teraz, jak śpisz (co też jest niezwykle miłym punktem dnia!), po wszystkich inhalacjach, syropkach i witaminkach, mogę spokojnie opisać ci na pamiątkę dzisiejszą wizytę u lekarza. Posłuchaj! Z Tobą nie można się nudzić, naprawdę!

Siedziałyśmy sobie w miarę spokojnie w poczekalni, na szczęście nie było dużo ludzi, a ci co byli, mieli zapewnioną darmową rozrywkę. Dzięki Tobie, oczywiście. Następnym razem bilety będę sprzedawać, ot co!

 – Mamo? – pytałaś między kaszlem a smarknięciem – a po co mamy ręce?

 – Żeby się przytulić, nosek wytrzeć, po pleckach podrapać – mówię, jak to troskliwa mama.

 – Phi – usłyszałam – nie wiesz. Ręce mamy po to, żeby trzymać coś. A oczy? Po co mamy oczy?

 – Żeby patrzeć? – spróbowałam bez sentymentalizmu, choć byłam bliska wymieniania wszystkich słodkich, puchatych, pluszowych, kolorowych piękności tego świata, na które można patrzeć i po to stanowczo mamy oczy. Phi.

 – No właśnie – pochwaliłaś mnie, nie znając moich tajnych myśli – a jak widzimy takie rozjechane na ulicy jeże małe, to wtedy nie mamy patrzeć, wiesz?

Powoli wypuściłam powietrze z policzków. Zanim odpowiedziałam i zanim umilkły rozbawione pochrząkiwania ludzkości zgromadzonej na tym występie, Ty już pytałaś dalej:

 – Mamo, a jak ktoś nie ma brzucha, to może żyć?

 – Lekarze mogą dużo zdziałać, żeby naprawić to, co w brzuchu może być chore, ale tak zupełnie bez brzucha nie da się żyć – tłumaczyłam cichutko.

 – Mamo, a jak się jest na wojnie, to można stracić brzuch, i ręce, i oczy, prawda? – spytałaś, uderzając miarowo nóżką w krzesło i kaszląc znów boleśnie.

Tak boleśnie mnie też szarpnęło coś w środku. W moim brzuchu  szarpnęło. Ręce zacisnęły się, a oczy utkwiłam na chwilę w obrazku wiszącym na ścianie poczekalni, choć nie wiem, co na nim było. Marysiu, czemu wojna stała się normalnym tematem naszych rozmów? Czemu musisz się nad tym zastanawiać? Przypomniało mi się, w krótkiej chwili, w jednym rozbłysku, jak wiele wojna już zmieniła w Twoim malutkim życiu, jakie dodała problemy, jak zmieniła nasz świat. I nasze rozmowy… W lutym odbierałam Cię płaczącą z przedszkola, nie mogłaś się uspokoić, słysząc naokoło odmieniane przez wszystkie przypadki słowo na „W”. O mało nie zaczęłam żałować, że zawsze Cię uczyłam, że wojna to coś złego, to ogrom cierpienia i bólu. Może trzeba było też się bawić w strzelanie… nie wiem, Marysieńku, nie wiem, jak tłumaczyć Ci świat. Czasem chciałabym się poddać i udawać, że wszystko jest w porządku, że trzeba być twardym! Ale nie umiem. Pytałaś mnie jeszcze parę dni temu, czemu płaczę znad gazety. „Wiesz – odpowiedziałam Tobie wtedy – czasem ludzie są tak dzielni, tak odważni, że jak o tym czytam, to jestem wzruszona, czasem też płaczę, bo wojna to wiele, wiele smutku. Trzeba zostawić swój dom i uciekać. Ale! – dodałam zaraz, żeby nie zostawić Ciebie z samym smutkiem – wiesz, co możemy zrobić? Zobacz…” – pokazałam Ci ogłoszenie o zbiórce, proszono tam o kolorowanki i książeczki dla maluszków, znalazłyśmy kilka takich i wysłałyśmy.

Siedzę teraz przy Twoim łóżku, gdzie śpisz, wyciągnięta na całą swoją długość pięciolatki. Jesteś bezpieczna. A ja?

Trudno mi znaleźć właściwe słowo. Wdzięczna? – nie, bo niby komu i za co. Żadna to moja zasługa, że mamy to szczęście, że tu bomby nie lecą. Szczęśliwa? – nie, daleko mi do szczęścia. Zamyślona? – już bardziej. Codziennie w jakimś momencie czas zastyga, by ze zgrzytem ruszyć dalej. Po chwili. A w tej jednym momencie zastygnięcia coś przypomina, jak bardzo kruchy jest zwykły świat. Raz jest to pojemnik na zbiórkę dla Ukrainy w sklepie. Innym razem ogłoszenia dwujęzyczne w Twoim przedszkolu, żeby chodzące tam dzieci ukraińskie ze swoimi mamami też wiedziały, co się dzieje. Jeszcze innym razem gwałtowny bieg do radia, by ściszyć wiadomości, bo nie potrzebujesz na własne uszy słuchać. O Buczy na przykład. Jeszcze nie pytaj, co to gwałt… Jeszcze nie. Jeszcze śpij, proszę. 

Nie umiemy stworzyć dla swoich dzieci świata, w którym byłyby bezpieczne codziennie i na zawsze. Ale jak trzymam Twoją rączkę w mojej, to wiem, że mogę dawać Ci mnóstwo miłości. Mogę z Tobą popłakać a potem spróbujemy razem być silne. Chcę Ci codziennie i na zawsze pokazywać, że nie wolno tracić sił i nadziei.

Ta chwila w poczekalni miała w sobie jeszcze jedno Twoje pytanie. Zanim weszłyśmy do gabinetu, zaczęłaś odczytywać głośno numerki z drzwi gabinetów. W końcu trafiłaś na nasz, pod którym czekałyśmy.

 – Do dziewiątki wchodzimy, tak? – upewniłaś się – Tam idą chore dzieci?

 – Nie tylko dzieci, wszyscy, co są chorzy.

 – Wszyscy? A Rosjanie też mogą tam wejść? – spojrzałaś na mnie badawczo. Cała poczekalnia wstrzymała oddech. Świat w Twoich oczach czekał na moją odpowiedź, poczułam się jak na zakręcie. Od tej odpowiedzi tak wiele zależało! I zapamiętaj sobie, kochanie, co Ci odpowiedziałam, bo to ważne:

 – Tak – powiedziałam, patrząc na Ciebie z całą moją miłością – Rosjanie też. Wszyscy, co są chorzy i potrzebują pomocy. Wszyscy.

Świat ruszył dalej w swój powolny marsz. Odetchnęłam. Weszłyśmy spokojnie do gabinetu. A teraz, zanim pójdę spać, poprawię Ci jeszcze kołderkę, odgarnę Twoje jasne kosmyki z policzka. Śpij dobrze, ja tu jestem –

Twoja Mama

drewniana rzeźba zafrasowanego Jezusa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.