Jesienne opowiadanie o tym, co pojawia się pomiędzy miłością a zmęczeniem.
Moje dziecko zasnęło. Siadam na podłodze przy oknie, pod nogami mam poduszkę z różową kudłatą poszewką, mimowolnie gładzę te kudełki co jakiś czas. Chyba taki nawyk. Moja ręka ułożona jest do automatycznego głaskania wszystkiego, co przypomina włoski na główce mojego synka. Dobrze, że nie śpiewam poduszce kołysanek, do rytmu.
Wszystko w porządku, mały mocno śpi. Wszystko w porządku, więc mnie po brzegi wypełnia niepokój. Węszę jak pies, z której strony nadejdzie niebezpieczeństwo. Nie wiem jakie, nie wiem skąd, wiem tylko, że nadejdzie.
Najbardziej boję się, że przyjdzie ze mnie. Z mojego niezauważenia, beztroski, zamknięcia oczu na jedną zbyt długą chwilę.
Najbardziej boję się też, że przyjdzie przez mnie. Że szeroko rozbudzona będę się tylko przyglądać i nic nie zrobię.
Kocham i boję się najbardziej.
Poprawiam się, by usiąść wygodniej, chociaż bolą mnie plecy, jakkolwiek się nie wygnę. Zrezygnowanym ruchem sięgam po kubek z kawą, jeszcze ciepłą. Mój pusty żołądek przez chwilę głośno bulgoce, w ramach protestu, ale trudno, mając do wyboru robienie jedzenia a zalanie kawy, wybrałam bez wahania kawę. Opierając łokcie na kolanach obejmuję dłońmi ten cholerny kubek, zaciskam palce. Powtarzam sobie, ze jestem szczęściarą i wszystko jest w porządku, a po policzkach znów lecą głupie łzy. „Jesteś szczęściarą, jesteś taką pieprzoną szczęściarą, pij do jasnej cholery i nie narzekaj! Ani mi się waż narzekać, słyszysz mnie?! Boże, co za głupia z ciebie matka! Głupia! Głupia! Taka głupia…”.
Próbuję być rozsądna i szczęśliwa, co niezmiennie od długiego czasu mi się nie udaje…
Moje okno, przy którym siedzę i beznadziejnie płaczę, sięga podłogi, otwierając je można wybiec prosto do ogrodu. Kiedyś często było otwarte, to było jeszcze wtedy, kiedy świat był wielki i kolorowy. Kiedy nie myliłam słońca z księżycem a pory roku i dnia były jasne i ustalone. Raz na zawsze, myślałam wtedy, siedząc na ławce w ogrodzie, zamykając oczy, by po powiekach tańczyło mi słońce. Pamiętam, jak słuchałam leniwie odgłosów z otoczenia, gdzieś w oddali szumiały samochody, brzęczały pszczoły latające wokół starej jabłonki. Lato. Świat wydawał się doskonały w swojej letniej harmonii.
Chcę przywołać jeszcze raz ten obraz – pachnąca jabłonka, ciepłe powietrze, powiewająca kolorowa sukienka. Wtedy, latem, na myśl że jestem w ciąży, czułam wielki zachwyt. Przeczytałam wszystkie dostępne poradniki, jestem na wszystko przygotowana, myślałam, będziesz, synku, najszczęśliwszym dzieckiem na świecie a ja najszczęśliwszą mamą… Już wtedy przyzwyczajałam swoją rękę do głaskania ciebie, choć właściwie była to tylko wybrzuszona moja ulubiona sukienka w wielkie kolorowe kwiaty.
Nikt mnie nie wyprowadzał z błędu.
Lato delikatnie przemieniało się w pomarańczową jesień. Na kolorowe kwiaty z mojej ulubionej sukienki narzucałam wełniany sweter i wciąż rozglądałam się ciekawie przez otwarte okno. Kładąc ręce opiekuńczym gestem na rosnącym brzuchu, układałam dla nas plany na całe nasze nowe wspólne życie. Czemu nie uwzględniłam w tych planach zwykłej rzeczywistości? Czemu nie przewidziałam tego, że też będę popełniać błędy? Że będę tak zmęczona? Że na dźwięk pytań rodziny „A jak jedzenie? Jak karmienie? Jak spanie?” będę miała ochotę gryźć i kopać? I wyć do księżyca.
Nie, tamta jesień była babim latem, delikatną osnową, złotem i czerwienią w ogrodzie, fioletem astrów przy ławce. Dumnie paradowałam po rynku warzywno-owocowym i upojona światłem i kolorami wybierałam najpiękniejsze jabłka, najbardziej soczyste gruszki, najbardziej pachnące pomidory… Uzupełniałam kolorystykę w koszyku ciemnymi śliwkami. W kuchni spędzałam deszczowe dni, tworząc niezliczone zastępy słoiczków dla mojego dziecka. Byłam dumna z tego, jaką jestem przewidującą, dobrą mamą. Mam przed oczami te momenty, kiedy z uśmiechem rano witałam każdy dzień. Przechodząc ulicą, wyobrażałam sobie, jak to będzie iść z tobą, kochanie, za rączkę, opowiadać ci o całym pięknie każdego pojedynczego kolorowego listka… Będę uczyć cię, że świat szykuje się do zimowego snu, że przyroda tak to mądrze wymyśliła, że potrzebna jest każda pora roku. W moich wyobrażeniach ty patrzałeś na mnie ufnie, z podekscytowaniem zbierałeś kasztany, podrzucałeś ze śmiechem szeleszczące liście, w końcu zasypiałeś przykryty miękkim kocykiem, mając zarumienione policzki i cienie od długich rzęs na policzkach.
Tamta jesień była jak ze snu. Szczęśliwego snu.
Czy tylko ja miałam tak naiwne sny? Nie wiem, nie chcę pytać, bo okaże się, że wszyscy inni dobrze wiedzieli, że macierzyństwo to tak ciężka sprawa. Albo gorzej, okaże się, że tylko ja sobie z tym wszystkim nie umiem dać rady… Wolę nie pytać. Zresztą, kto powie prawdę? Oczywiste, że w każdej rozmowie ja też udaję, że świetnie sobie radzę!
W oknie, za którym zapada listopadowy zmierzch, zaczynam widzieć własne odbicie. Wstaję na chwilę z różowej kudłatej poduszki i gaszę światło w pokoju, zostawiam tylko malutką lampkę biurkową, żeby widzieć, czy dziecko się nie przebudziło z drzemki popołudniowej. Bez światła za plecami widzę znów ogród, powoli pogrążający się w szarości.
Tamta jesień – z kolorami i przetworami – jest wspomnieniem. Zachowuję ją w pamięci, jako dowód, że kolorowy, piękny świat istnieje, gdzieś, być może… Dziś jest dla mnie ukryty za kłębiącą się wszędzie szarością. I za zmęczeniem.
Ale to wtedy też zaczęłam zasuwać okno zasłoną, w listopadzie, bo widok bezlistnych czarnych drzew był czymś, czego nie mogłam znieść. Powyginane gałęzie zdawały się wieszczyć coś przerażającego, coś najgorszego, czego nawet nie umiałam w myślach sformułować do końca.
Mogłam z kimś porozmawiać. Bożesz ty mój, przecież wszyscy się czasem boją, to normalne! – usłyszałabym pewnie. Mój strach był jednak bardziej mocny, niż ten normalny. Był jak woda na dnie ciemnej studni. Był jak wycie sfory wygłodniałych wilków biegnących za świeżym tropem.
Urodziłeś się wiosną. Przez te pierwsze wiosenne dni byłam zielona ze szczęścia jak listki na jabłoni. Zieleniały moje oczy, patrzące na ciebie. Zieleniały moje ręce. Zieleniały moje dłonie, wybierające z czułością pajacyki, pieluszki, kremiki, czapeczki. Byłeś moim zielonym wiosennym szczęściem. Ja byłam twoim zielonym drzewem – myślałam sobie – dam ci oparcie, osłonię przed wszystkim, co złe, zbuduję ci schronienie wśród moich mocnych gałęzi.
Zielone, wiosenne endorfiny przez chwilę krążyły w moich żyłach. Uwielbiałam, kiedy zasypiasz wtulony w moje ramię. Byłam gotowa na medal w postaci twojego uśmiechu, kiedy udawało mi się odgadnąć, czemu płaczesz. Jak nie trafiłam i płakałeś dłużej, ja zaczynałam płakać z tobą i traciłam głowę! Szalałam ze strachu, że ZACZĘŁO SIĘ. Nerwowo wertowałam swoje poradniki, żeby po chwili rzucać nimi z wściekłością w najdalszy kąt. Nigdy głośno tego nikomu nie powiedziałam… Bo też nikt na pewno nie szalał tak bezsensownie z niepokoju jak ja. Bałam się wygłupić, a jednocześnie też bałam się, że ktoś potwierdzi moje najgorsze obawy. Wyobrażałam sobie, jak wszyscy naokoło stwierdzą, że jestem najgorszą mamą, jaką świat widział, że mojemu dziecku będzie lepiej w innej rodzinie… Bo ja nie umiem uspokoić twojego płaczu. Coś na pewno robię źle.
Buchające słońcem lato za moim dużym oknem nie pomagało mi. Po raz pierwszy przyroda nie stała po mojej stronie, tyko drwiła ze mnie. Moje ukochane zapachy czereśni, jaśminu – przeszły niezauważenie. Słodko – kwaśne piegowate truskawki widziałam tylko w reklamach. Już nie wyprawiałam się z dumą na targ. Ciągle obiecywałam sobie, że jutro będzie lepiej, że jutro będę już lepiej zorganizowana. A gdy jutro się rozpoczynało… Nic nie było lepiej. Chwilami nawet nie wiedziałam, że nowy dzień już się zaczął, noc i dzień mieszały się i zlewały w rytm drzemek. W kalendarzu dni mijały, w moim życiu rozciągały się w nieskończoność bądź przepadały gdzieś w cieniach za oknem, wpadały do mojej świadomości tyko krótkim złotym błyskiem jasnego dnia. Kiedy się uśmiechałeś, kiedy mogłam głaskać cię delikatnie, kiedy patrzałeś poważnie w moje oczy – na chwilę zapominałam o wszystkich problemach, ale te chwile były coraz krótsze. Jakby nie było już we mnie miejsca na czystą radość. Jakby przygasił mnie już jesienny zmierzch i zmrok.
Ten listopad przyszedł do mnie za szybko. Jeszcze zanim na polach rozsnuła się mgła i niebieskie październikowe niebo zastąpiła szaruga – już listopadowa osmętnica.
Jak ja kiedyś lubiłam jesienne wiersze! Lubiłam nastrój miarowego deszczu, jesiennych mgieł, spokojnej zadumy… Dziś kolejne krople ulewy, które uderzają w moje okno, są bolesne jak wbijające się drzazgi. Każda stuka w okno i w moją zmęczoną głowę kolejnym wyrzutem.
Wzrok mamy, która patrzy na mnie z takim współczuciem. A ja jestem zła, bo nie chcę współczucia, chcę tylko chwilę odpoczynku od tego bezczasu, chcę nadziei, że kiedyś to wszystko się skończy!
Przypominam sobie odwiedziny koleżanki, która machnięciem ręki zbywała moje żale – „Jeju, nie przesadzaj, mówiła, to tylko chwila, szybko minie, ciesz się tym czasem, potem będzie tylko trudniej, zobaczysz!”.
Ciesz się, ciesz się, ciesz się – drwią ze mnie deszczowe krople.
Chcę dobrych rad i nie chcę jednocześnie. Chcę pocieszenia i obrażam się na nie. Marzę, żeby ktoś mnie zapewnił, że wszystko będzie dobrze i nie wierzę, kiedy ktoś to mówi.
Nie znoszę, kiedy mąż patrzy na mnie zdumiony, kiedy przeklnę albo wybucham złością. A tylko to mnie jeszcze ratuje przed popadnięciem w całkowity niebyt i nieistnienie! Kiedy czuję złość, to choć przez chwilę nie ma we mnie miejsca na smutek czy zamartwianie się. Za to chwilę później wyrzuty sumienia zalewają mnie niczym ulewa.
Pac, pac, pac – nic w tym deszczu nie ma już romantycznego, zadumanego ani pocieszającego. Jest deszcz i tylko deszcz i nic innego poza deszczem nie ma… Boję się, że kiedy runie mój mur, to już żadnej tam dziewczyny naprawdę nie będzie. Będzie tylko poszarzała i wymęczona Matka.
Moja kolorowa sukienka zszarzała od ciągłego noszenia i prania, wełniany sweter się rozciągnął, żeby pełnić też rolę kocyka, gdy zasypiałam na siedząco przy każdej próbie poczytania czy obejrzenia czegokolwiek. Okno do ogrodu zamknęło się na dobre, nie chciałam patrzeć ani na słońce ani na gwiazdy.
Teraz, siedząc na różowej kudłatej poduszce, patrząc na ciemniejące niebo, zasnute już czarnymi chmurami, na wyginającą się przez wiatr moją jabłonkę, myślę, że listopad wygrał. Zawładnął mną. Rozgościł się w mojej duszy na dobre. Ze słońca będzie się złośliwie śmiał, na próby bycia znów zielonym drzewem zahuczy tylko bezlitośnie wiatrem i smagnie zimnym deszczem. Siedzę z pustym kubkiem po kawie, jestem jesienną szarością, bez początku i bez końca. Moje oczy są już szare, zmęczone, brakuje im radosnej zieleni, na ręce patrzę z niechęcią, wszystko robią źle, umieją tylko kołysać synka, utulić jego płacze i niepokoje, umieją zwykle wygonić koszmary z jego malutkich snów, tysiąc razy umieją Małego przytrzymać, kiedy on upada – ale co to wszystko znaczy w dorosłym świecie? Nic. Dla świata jestem niczym. Tylko matką. Szarą, zmęczoną. Każdy zauważy właśnie ten moment, kiedy nie uda się moim rękom złapać w porę upadającego malucha. Każdy usłyszy właśnie płacz. Od jakiegoś czasu nie wychodzę na spacery, bo widzę w oczach mijanych ludzi drwiący uśmieszek, oceniający mnie jako żałosną, ponurą i nie potrafiącą się cieszyć tym, co mam. Może im też kiedyś listopadowy zmrok wpadł do serc?…
Patrzę na swoje ręce, które kiedyś dawały mi tyle radości, obejmowałam nimi cały świat, nie tylko jedno malutkie dziecko. Czy teraz ono jest całym moim światem? Czy jeszcze kiedyś znajdę siły i odwagę, by powitać Nowe? Czy kiedyś wróci wiosenna nadzieja?
Nie wiem. Patrząc w listopadowy zmierzch czuję, jakbym utknęła gdzieś w matczynym, gęstym, lepiącym się od kaszek, mleczek, utartych bananków bezczasie. Jestem tu sama, od innych ludzi dzieli mnie odległość niecałego metra. Tyle ty mierzysz, kochany synku. To jednocześnie bezkres nie do przebycia jak i najsłodsze centymetry w moim jesiennym, zmierzchającym świecie. Kocham cię, i jestem taka zmęczona!
Wiatr zaczyna przedzierać się przez okienne obramowanie. Świszczy, jakby się piekło jakieś rozpętało wokół jabłonki, deszcz zacina szaleńczo. Okrywam się moim swetro – kocykiem i podchodzę do synka akurat, kiedy otwiera oczka po swojej drzemce. Uśmiecham się do niego i szybko przecieram łzy, żeby Mały ich nie zobaczył. Chciałabym dla niego rozsnuć złote słońce, pomalować znów świat w kolory lata… Tymczasem listopad wciska mi znów do głowy wszystkie żale i wyrzuty. Kiedy Mały w skupieniu ogląda swoje piąstki i próbuje z zapałem włożyć do buźki palce od nóg, ja walczę, by choć mój uśmiech miał jeszcze w sobie odrobinę dawnej zieleni.
***
Za oknem jest już zupełnie ciemno. Stara jabłonka poddaje się podmuchom jesiennego wichru, wiedząc, że nic nie poradzi. W głębi swojego serca, zbudowanego z kory, skomplikowanych systemów kanalików i wiązek czeka na wiosnę. Chciałaby wyciągnąć na chwilę jedną ze swoich delikatniejszych gałązek w stronę smutnej kobiety za szybą, pogłaskać ją swoją jabłonkową pokrzywioną ręką po zmierzwionych włosach, uspokoić jej zmęczone myśli, podsunąć jej pod zmęczone powieki obraz swojego majowego kwiecia, wrześniowego słodkiego smaku jabłka ogrzanego słońcem.
***
Boję się listopadowej samotności. Chciałabym, żeby ktoś powiedział mi, że zawsze przy mnie będzie. Przy każdej pogodzie, w każdym momencie. W każdym zmęczeniu. W drobnym radościach i codziennych smutkach. W rozmowie i w milczeniu. W słońcu. I w deszczu… W deszczu najbardziej.
Jest ktoś jeszcze, gdzieś w jesiennym świecie?…

