Skip to content
napis gdzieś pomiędzy - blog o życiu i...
Menu
  • O mnie
  • Gdzieś pomiędzy – czyli gdzie?
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy
  • Czytamy dzieciom
  • Opowieści rodzinne
Menu
jesienne opowiadanie - zdjęcie listopadowej ulicy w mieście o zmierzchu

Jesienne opowiadanie o listopadowym zmierzchu.

Posted on 5 listopada 202226 października 2025 by Ola

Jesienne opowiadanie o tym, co pojawia się pomiędzy miłością a zmęczeniem.

Moje dziecko zasnęło. Siadam na podłodze przy oknie, pod nogami mam poduszkę z różową kudłatą poszewką, mimowolnie gładzę te kudełki co jakiś czas. Chyba taki nawyk. Moja ręka ułożona jest do automatycznego głaskania wszystkiego, co przypomina włoski na główce mojego synka. Dobrze, że nie śpiewam poduszce kołysanek, do rytmu.

Wszystko w porządku, mały mocno śpi. Wszystko w porządku, więc mnie po brzegi wypełnia niepokój. Węszę jak pies, z której strony nadejdzie niebezpieczeństwo. Nie wiem jakie, nie wiem skąd, wiem tylko, że nadejdzie.

Najbardziej boję się, że przyjdzie ze mnie. Z mojego niezauważenia, beztroski, zamknięcia oczu na jedną zbyt długą chwilę.

Najbardziej boję się też, że przyjdzie przez mnie. Że szeroko rozbudzona będę się tylko przyglądać i nic nie zrobię.

Kocham i boję się najbardziej.

Poprawiam się, by usiąść wygodniej, chociaż bolą mnie plecy, jakkolwiek się nie wygnę. Zrezygnowanym ruchem sięgam po kubek z kawą, jeszcze ciepłą. Mój pusty żołądek przez chwilę głośno bulgoce, w ramach protestu, ale trudno, mając do wyboru robienie jedzenia a zalanie kawy, wybrałam bez wahania kawę. Opierając łokcie na kolanach obejmuję dłońmi ten cholerny kubek, zaciskam palce. Powtarzam sobie, ze jestem szczęściarą i wszystko jest w porządku, a po policzkach znów lecą głupie łzy.  „Jesteś szczęściarą, jesteś taką pieprzoną szczęściarą, pij do jasnej cholery i nie narzekaj! Ani mi się waż narzekać, słyszysz mnie?! Boże, co za głupia z ciebie matka! Głupia! Głupia! Taka głupia…”.

Próbuję być rozsądna i szczęśliwa, co niezmiennie od długiego czasu mi się nie udaje…

Moje okno, przy którym siedzę i beznadziejnie płaczę, sięga podłogi, otwierając je można wybiec prosto do ogrodu. Kiedyś często było otwarte, to było jeszcze wtedy, kiedy świat był wielki i kolorowy. Kiedy nie myliłam słońca z księżycem a pory roku i dnia były jasne i ustalone. Raz na zawsze, myślałam wtedy, siedząc na ławce w ogrodzie, zamykając oczy, by po powiekach tańczyło mi słońce. Pamiętam, jak słuchałam leniwie odgłosów z otoczenia, gdzieś w oddali szumiały samochody, brzęczały pszczoły latające wokół starej jabłonki. Lato. Świat wydawał się doskonały w swojej letniej harmonii.

Chcę przywołać jeszcze raz ten obraz – pachnąca jabłonka, ciepłe powietrze, powiewająca kolorowa sukienka. Wtedy, latem, na myśl że jestem w ciąży, czułam wielki zachwyt. Przeczytałam wszystkie dostępne poradniki, jestem na wszystko przygotowana, myślałam, będziesz, synku, najszczęśliwszym dzieckiem na świecie a ja najszczęśliwszą mamą…  Już wtedy przyzwyczajałam swoją rękę do głaskania ciebie, choć właściwie była to tylko wybrzuszona moja ulubiona sukienka w wielkie kolorowe kwiaty.

Nikt mnie nie wyprowadzał z błędu.

Lato delikatnie przemieniało się w pomarańczową jesień. Na kolorowe kwiaty z mojej ulubionej sukienki narzucałam wełniany sweter i wciąż rozglądałam się ciekawie przez otwarte okno. Kładąc ręce opiekuńczym gestem na rosnącym brzuchu, układałam dla nas plany na całe nasze nowe wspólne życie. Czemu nie uwzględniłam w tych planach zwykłej rzeczywistości? Czemu nie przewidziałam tego, że też będę popełniać błędy? Że będę tak zmęczona? Że na dźwięk pytań rodziny „A jak jedzenie? Jak karmienie? Jak spanie?” będę miała ochotę gryźć i kopać? I wyć do księżyca.

Nie, tamta jesień była babim latem, delikatną osnową, złotem i czerwienią w ogrodzie, fioletem astrów przy ławce. Dumnie paradowałam po rynku warzywno-owocowym i upojona światłem i kolorami wybierałam najpiękniejsze jabłka, najbardziej soczyste gruszki, najbardziej pachnące pomidory… Uzupełniałam kolorystykę w koszyku ciemnymi śliwkami. W kuchni spędzałam deszczowe dni, tworząc niezliczone zastępy słoiczków dla mojego dziecka. Byłam dumna z tego, jaką jestem przewidującą, dobrą mamą. Mam przed oczami te momenty, kiedy z uśmiechem rano witałam każdy dzień. Przechodząc ulicą, wyobrażałam sobie, jak to będzie iść z tobą, kochanie, za rączkę, opowiadać ci o całym pięknie każdego pojedynczego kolorowego listka… Będę uczyć cię, że świat szykuje się do zimowego snu, że przyroda tak to mądrze wymyśliła, że potrzebna jest każda pora roku. W moich wyobrażeniach ty patrzałeś na mnie ufnie, z podekscytowaniem zbierałeś kasztany, podrzucałeś ze śmiechem szeleszczące liście, w końcu zasypiałeś przykryty miękkim kocykiem, mając zarumienione policzki i cienie od długich rzęs na policzkach.

Tamta jesień była jak ze snu. Szczęśliwego snu.

Czy tylko ja miałam tak naiwne sny? Nie wiem, nie chcę pytać, bo okaże się, że wszyscy inni dobrze wiedzieli, że macierzyństwo to tak ciężka sprawa. Albo gorzej, okaże się, że tylko ja sobie z tym wszystkim nie umiem dać rady… Wolę nie pytać. Zresztą, kto powie prawdę?  Oczywiste, że w każdej rozmowie ja też udaję, że świetnie sobie radzę!

W oknie, za którym zapada listopadowy zmierzch, zaczynam widzieć własne odbicie. Wstaję na chwilę z różowej kudłatej poduszki i gaszę światło w pokoju, zostawiam tylko malutką lampkę biurkową, żeby widzieć, czy dziecko się nie przebudziło z drzemki popołudniowej. Bez światła za plecami widzę znów ogród, powoli pogrążający się w szarości.

Tamta jesień – z kolorami i przetworami – jest wspomnieniem. Zachowuję ją w pamięci, jako dowód, że kolorowy, piękny świat istnieje, gdzieś, być może… Dziś jest dla mnie ukryty za kłębiącą się wszędzie szarością. I za zmęczeniem.

Ale to wtedy też zaczęłam zasuwać okno zasłoną, w listopadzie, bo widok bezlistnych czarnych drzew był czymś, czego nie mogłam znieść. Powyginane gałęzie  zdawały się wieszczyć coś przerażającego, coś najgorszego, czego nawet nie umiałam w myślach sformułować do końca.

Mogłam z kimś porozmawiać. Bożesz ty mój, przecież wszyscy się czasem boją, to normalne! – usłyszałabym pewnie. Mój strach był jednak bardziej mocny, niż ten normalny. Był jak woda na dnie ciemnej studni. Był jak wycie sfory wygłodniałych wilków biegnących za świeżym tropem. 

Urodziłeś się wiosną. Przez te pierwsze wiosenne dni byłam zielona ze szczęścia jak listki na jabłoni. Zieleniały moje oczy, patrzące na ciebie. Zieleniały moje ręce.  Zieleniały moje dłonie, wybierające z czułością pajacyki, pieluszki, kremiki, czapeczki. Byłeś moim zielonym wiosennym szczęściem. Ja byłam twoim zielonym drzewem – myślałam sobie – dam ci oparcie, osłonię przed wszystkim, co złe, zbuduję ci schronienie wśród moich mocnych gałęzi.

Zielone, wiosenne endorfiny przez chwilę krążyły w moich żyłach. Uwielbiałam, kiedy zasypiasz wtulony w moje ramię. Byłam gotowa na medal w postaci twojego uśmiechu, kiedy udawało mi się odgadnąć, czemu płaczesz. Jak nie trafiłam i płakałeś dłużej, ja zaczynałam płakać z tobą i traciłam głowę! Szalałam ze strachu, że ZACZĘŁO SIĘ. Nerwowo wertowałam swoje poradniki, żeby po chwili rzucać nimi z wściekłością w najdalszy kąt. Nigdy głośno tego nikomu nie powiedziałam… Bo też nikt na pewno nie szalał tak bezsensownie z niepokoju jak ja. Bałam się wygłupić, a jednocześnie też bałam się, że ktoś potwierdzi moje najgorsze obawy. Wyobrażałam sobie, jak wszyscy naokoło stwierdzą, że jestem najgorszą mamą, jaką świat widział, że mojemu dziecku będzie lepiej w innej rodzinie… Bo ja nie umiem uspokoić twojego płaczu. Coś na pewno robię źle.

Buchające słońcem lato za moim dużym oknem nie pomagało mi. Po raz pierwszy przyroda nie stała po mojej stronie, tyko drwiła ze mnie. Moje ukochane zapachy czereśni, jaśminu – przeszły niezauważenie. Słodko – kwaśne piegowate truskawki widziałam tylko w reklamach. Już nie wyprawiałam się z dumą na targ. Ciągle obiecywałam sobie, że jutro będzie lepiej, że jutro będę już lepiej zorganizowana. A gdy jutro się rozpoczynało… Nic nie było lepiej. Chwilami nawet nie wiedziałam, że nowy dzień już się zaczął, noc i dzień mieszały się i zlewały w rytm drzemek. W kalendarzu dni mijały, w moim życiu rozciągały się w nieskończoność bądź przepadały gdzieś w cieniach za oknem, wpadały do mojej świadomości tyko krótkim złotym błyskiem jasnego dnia. Kiedy się uśmiechałeś, kiedy mogłam głaskać cię delikatnie, kiedy patrzałeś poważnie w moje oczy – na chwilę zapominałam o wszystkich problemach, ale te chwile były coraz krótsze. Jakby nie było już we mnie miejsca na czystą radość. Jakby przygasił mnie już jesienny zmierzch i zmrok.

Ten listopad przyszedł do mnie za szybko. Jeszcze zanim na polach rozsnuła się mgła i niebieskie październikowe niebo zastąpiła szaruga – już listopadowa osmętnica.

Jak ja kiedyś lubiłam jesienne wiersze! Lubiłam nastrój miarowego deszczu, jesiennych mgieł, spokojnej zadumy… Dziś kolejne krople ulewy, które uderzają w moje okno, są bolesne jak wbijające się drzazgi. Każda stuka w okno i w moją zmęczoną głowę kolejnym wyrzutem.

Wzrok mamy, która patrzy na mnie z takim współczuciem. A ja jestem zła, bo nie chcę współczucia, chcę tylko chwilę odpoczynku od tego bezczasu, chcę nadziei, że kiedyś to wszystko się skończy!

Przypominam sobie odwiedziny koleżanki, która machnięciem ręki zbywała moje żale – „Jeju, nie przesadzaj, mówiła, to tylko chwila, szybko minie, ciesz się tym czasem, potem będzie tylko trudniej, zobaczysz!”.

Ciesz się, ciesz się, ciesz się – drwią ze mnie deszczowe krople.

Chcę dobrych rad i nie chcę jednocześnie. Chcę pocieszenia i obrażam się na nie. Marzę, żeby ktoś mnie zapewnił, że wszystko będzie dobrze i nie wierzę, kiedy ktoś to mówi.

Nie znoszę, kiedy mąż patrzy na mnie zdumiony, kiedy przeklnę albo wybucham złością. A tylko to mnie jeszcze ratuje przed popadnięciem w całkowity niebyt i nieistnienie! Kiedy czuję złość, to choć przez chwilę nie ma we mnie miejsca na smutek czy zamartwianie się. Za to chwilę później wyrzuty sumienia zalewają mnie niczym ulewa.

Pac, pac, pac – nic w tym deszczu nie ma już romantycznego, zadumanego ani pocieszającego. Jest deszcz i tylko deszcz i nic innego poza deszczem nie ma… Boję się, że kiedy runie mój mur, to już żadnej tam dziewczyny naprawdę nie będzie. Będzie tylko poszarzała i wymęczona Matka.

Moja kolorowa sukienka zszarzała od ciągłego noszenia i prania, wełniany sweter się rozciągnął, żeby pełnić też rolę kocyka, gdy zasypiałam na siedząco przy każdej próbie poczytania czy obejrzenia czegokolwiek. Okno do ogrodu zamknęło się na dobre, nie chciałam patrzeć ani na słońce ani na gwiazdy.

Teraz, siedząc na różowej kudłatej poduszce, patrząc na ciemniejące niebo, zasnute już czarnymi chmurami, na wyginającą się przez wiatr moją jabłonkę, myślę, że listopad wygrał. Zawładnął mną. Rozgościł się w mojej duszy na dobre. Ze słońca będzie się złośliwie śmiał, na próby bycia znów zielonym drzewem zahuczy tylko bezlitośnie wiatrem i smagnie zimnym deszczem. Siedzę z pustym kubkiem po kawie, jestem jesienną szarością, bez początku i bez końca. Moje oczy są już szare, zmęczone, brakuje im radosnej zieleni, na ręce patrzę z niechęcią, wszystko robią źle, umieją tylko kołysać synka, utulić jego płacze i niepokoje, umieją zwykle wygonić koszmary z jego malutkich snów, tysiąc razy umieją Małego przytrzymać, kiedy on upada – ale co to wszystko znaczy w dorosłym świecie? Nic. Dla świata jestem niczym. Tylko matką. Szarą, zmęczoną. Każdy zauważy właśnie ten moment, kiedy nie uda się moim rękom złapać w porę upadającego malucha. Każdy usłyszy właśnie płacz. Od jakiegoś czasu nie wychodzę na spacery, bo widzę w oczach mijanych ludzi drwiący uśmieszek, oceniający mnie jako żałosną, ponurą i nie potrafiącą się cieszyć tym, co mam. Może im też kiedyś listopadowy zmrok wpadł do serc?…

Patrzę na swoje ręce, które kiedyś dawały mi tyle radości, obejmowałam nimi cały świat, nie tylko jedno malutkie dziecko. Czy teraz ono jest całym moim światem? Czy jeszcze kiedyś znajdę siły i odwagę, by powitać Nowe? Czy kiedyś wróci wiosenna nadzieja?

Nie wiem. Patrząc w listopadowy zmierzch czuję, jakbym utknęła gdzieś w matczynym, gęstym, lepiącym się od kaszek, mleczek, utartych bananków bezczasie. Jestem tu sama, od innych ludzi dzieli mnie odległość niecałego metra. Tyle ty mierzysz, kochany synku. To jednocześnie bezkres nie do przebycia jak i najsłodsze centymetry w moim jesiennym, zmierzchającym świecie. Kocham cię, i jestem taka zmęczona!

Wiatr zaczyna przedzierać się przez okienne obramowanie. Świszczy, jakby się piekło jakieś rozpętało wokół jabłonki, deszcz zacina szaleńczo. Okrywam się moim swetro – kocykiem i podchodzę do synka akurat, kiedy otwiera oczka po swojej drzemce. Uśmiecham się do niego i szybko przecieram łzy, żeby Mały ich nie zobaczył. Chciałabym dla niego rozsnuć złote słońce, pomalować znów świat w kolory lata… Tymczasem listopad wciska mi znów do głowy wszystkie żale i wyrzuty. Kiedy Mały w skupieniu ogląda swoje piąstki i próbuje z zapałem włożyć do buźki palce od nóg, ja walczę, by choć mój uśmiech miał jeszcze w sobie odrobinę dawnej zieleni. 

***

Za oknem jest już zupełnie ciemno. Stara jabłonka poddaje się podmuchom jesiennego wichru, wiedząc, że nic nie poradzi. W głębi swojego serca, zbudowanego z kory, skomplikowanych systemów kanalików i wiązek czeka na wiosnę. Chciałaby wyciągnąć na chwilę jedną ze swoich delikatniejszych gałązek w stronę smutnej kobiety za szybą, pogłaskać ją swoją jabłonkową pokrzywioną ręką po zmierzwionych włosach, uspokoić jej zmęczone myśli, podsunąć jej pod zmęczone powieki obraz swojego majowego kwiecia, wrześniowego słodkiego smaku jabłka ogrzanego słońcem. 

***

Boję się listopadowej samotności. Chciałabym, żeby ktoś powiedział mi, że zawsze przy mnie będzie. Przy każdej pogodzie, w każdym momencie. W każdym zmęczeniu. W drobnym radościach i codziennych smutkach. W rozmowie i w milczeniu. W słońcu. I w deszczu… W deszczu najbardziej.

Jest ktoś jeszcze, gdzieś w jesiennym świecie?…

Nawigacja wpisu

← O pisaniu.
Czytamy dzieciom. Tym trochę starszym. →

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

kontakt
Ola, siedzi w oknie, zdjęcie czarno - białe, melancholijne, bo tematem jest czas
To ja, Ola, zapraszam do mojego zwykle uśmiechniętego świata. Choć chwile zwątpienia, goryczy i szarości też tu są, co zrobić... Też tak masz? To się zrozumiemy!
Poczytasz u mnie o codzienności, o polecanych książkach, czasem o wychowaniu. Ot, życie najzwyczajniejsze. Choć przeplatane bajkami!

Ostatnie wpisy:

  • ostrożnie układając skrzydła
  • W czym posadzimy dzikie łąki?
  • pomilcz smutek
  • Zaczarowany Las Mądrości
  • Książkowe historie

Archiwa blogowe:

  • marzec 2026
  • styczeń 2026
  • grudzień 2025
  • listopad 2025
  • wrzesień 2025
  • sierpień 2025
  • czerwiec 2025
  • maj 2025
  • luty 2025
  • grudzień 2024
  • listopad 2024
  • październik 2024
  • wrzesień 2024
  • sierpień 2024
  • lipiec 2024
  • czerwiec 2024
  • maj 2024
  • kwiecień 2024
  • marzec 2024
  • luty 2024
  • styczeń 2024
  • grudzień 2023
  • listopad 2023
  • październik 2023
  • wrzesień 2023
  • sierpień 2023
  • lipiec 2023
  • czerwiec 2023
  • maj 2023
  • kwiecień 2023
  • marzec 2023
  • luty 2023
  • styczeń 2023
  • grudzień 2022
  • listopad 2022
  • październik 2022
  • wrzesień 2022
  • sierpień 2022
  • lipiec 2022
  • czerwiec 2022
  • maj 2022
  • kwiecień 2022
  • marzec 2022
  • luty 2022
  • styczeń 2022
  • grudzień 2021
  • listopad 2021
  • październik 2021
  • wrzesień 2021
  • życie i …
  • życie i książki
  • życie i problemy

anegdotki dobry humor dziecko jesień kryminały książki malarstwo matka-feministka małżeństwo musierowicz muzyka notatki nowy_dzień opowiadanie przepis reportaże rodzina rozmowa rozmowy samo życie spokój współczucie wychowanie wyjaśnienie zdjęcia zdrowie święta żółte liście

gdzies.tam.pomiedzy

Przeważnie czytam.
Czasem piszę o życiu: bajki i inne bzdurki.

Przymierzanie tożsamości - Przebieralnia na kawałk Przymierzanie tożsamości -
Przebieralnia na kawałku tektury w starej hali, 
w środku nocy, 
w pokojach z pootwieranymi drzwiami, 
wśród zbyt głośnej samotności
Przy regale, gdzie niewidzialne miasta, niewidzialne biblioteki, tam najpiękniej, chodźmy w to nie-bycie, 
brnijmy w zaprzeczenia
Określanie, poprawianie, wymazywanie 

- a świat - podobno jest

________________
#kolażoweopowieści dla @herbarium_cieni 
- a temat: mój kawałek świata. Taki jakiś mało pewny siebie ten porwany kawałek, ale cóż, ja tam się na świecie nie znam, idę poczytać (wypożyczyłam dziś pierwszą część Silva Rerum Kristiny Sabaliauskaite) 

#gdziespomiedzy
Tomik z 2004 roku. Przekrój czasu w wierszach: "mi Tomik z 2004 roku. Przekrój czasu w wierszach: "minęły dwa tysiące lat, a ta scena wciąż mnie porusza".

Albo tak: "na cmentarzu żydowskim 
są najstarsze drzewa

Kruk
kantor oniemiały 
nie śpiewa

Nad drzew wierzchołkami 
ciężką jesienną chmurą
przechodzą tysiącami

Wychodźcie im na spotkanie 
zamknięci w pałacach pomników 

Razem przez deszcz siekący
przez błyskawice
iść wam dziś trzeba

Ci którzy miejsca swego nie mają 
którzy sami są ogniem i deszczem
Teraz się z wami bratają

Bo jeszcze 
nie koniec ich końca
nie koniec"

I te dziewczynki, Miriam i Reginka (tak, imiona są ważne) - niech się też dziś pojawią - bo może i bez pożegnania się odchodzi, ale nam pamiętać - trzeba.

 #juliahartwig
Co tam w czytaniu? A podzielę się: Ostatnie rozd Co tam w czytaniu? A podzielę się: 

Ostatnie rozdanie - powieść o jednym ciołku i drugim matołku, on się boi i tajemniczo, melancholijnie milczy, ona pisze długie listy już do końca życia, choć nie dostaje odpowiedzi. Dodać do notatek z życia: chujowe to. Ale przeczytać naprawdę warto, tak serio.

Już nie chcę być człowiekiem, Pieter van Os, - podtytuł: opowieść o przetrwaniu Zagłady. Przypomina ten reportaż Czesałam ciepłe króliki, też jest o losach kobiety, która umiała rozdzielić siebie od zła i ocalić wiarę w dobro. Tytuł jakby bardziej od autora spisującego jej historię. 

Niewidzialne biblioteki - czytam dla tej niepojętej przyjemności zanurzania się w inne światy. Wyobraźnia, ślady innych lektur,  pisanie by nazwać zjawiska, ale też ogrom miejsca dla czytelnika. Metaforyczne. Taka dobra ucieczka w słowa. 

Anioł Esmeralda, Don DeLillo - zapomniałam dodać do przeczytanych parę miesięcy temu i teraz zostało wspomnienie, że czytałam coś bezwzględnego. Opowiadania o tym, co w ludziach trudne, złe, przegrane.
___________
Co jeszcze? Nic, tylko życie:) 

#gdziespomiedzy
Książkowa próba domknięcia ostatnich tygodni. Z n Książkowa próba domknięcia ostatnich tygodni.

Z największym żalem odkładam Położne Jakubowskiej. Rozczarowanie... Ech, te drugie części. No nie wychodzą. 

Rękopis znaleziony w Saragossie - hm, powiem tak: czy po 228 stronie - tyle przeczytałam - wydarzy się coś innego niż wkroczenie kolejnej hożej i najpiękniejszej dziewoi koniecznie lecącej na bohatera?? Na początku fajny wajb powieści Dumasa, i podobno coś w tym Potockim jest więcej, no może jeszcze spróbuję. Warto? Jak myślicie? 

Za to Śmierteńka, by Lucie Faulerová - bardzo. Opowieść o wychodzeniu z mroku, pełna jednocześnie metafor jak i najbardziej przyziemnych momentów. O śmierci i jednocześnie w tym samym zdaniu - o życiu. 
Absurdalna, ale nie cyniczna. 

Zaistnienia, Piotr Strzeżysz - rower, wiatr we włosach, stachurowo, ładne takie;) 

Amerykańska sielanka, Philip Roth - o, to czytaliście? Taki obraz rodziny z pęknięciem na całej linii. 

Breadcrumbs, Kasia Babis - ciekawe! Komiks o dorastaniu ale już nie w Polsce czasów transformacji, tylko kolejne pokolenie. Inna perspektywa.

A lasy wiecznie śpiewają, Trygve Gulbranssen - książka, do której wracam, ma w sobie spokój i ciszę. I ten ponury skandynawski egzystencjalizm, no właśnie tak:) 

Dziękuję za uwagę, poleceń nie zbieram, po porządkach na regale uzbierałam trzy półki nieprzeczytanych książek, także WYSTARCZY :)

(a z biblioteki też czeka Ostatnie rozdanie Myśliwskiego albo też Paul Auster) 

Tylko ten Potocki - czytać czy nie czytać???
____________________
#gdziespomiedzy
Dostałam "Te" w prezencie gwiazdkowym. Przeczytała Dostałam "Te" w prezencie gwiazdkowym. Przeczytałam od razu, tak, ale opisać już tak szybko nie umiałam. Ta książka potrzebowała czasu żeby podejść do niej na spokojnie. Jest z tych co dźgają po uczuciach i nie mieszczą się w żadnych strefach komfortu. 
To strumień świadomości prosto z trzewii, bez owijania w piękne opisy, bez strefy buforowej. Opis chwil z życia kilku kobiet, które łączy doświadczenie tranzycji, choć ich drogi życiowe są naprawdę różne. I podejście do bycia sobą - też bardzo różne. 
"Brutalnie szczera" - pisze Maciej Marcisz - właśnie tak. 
Czytając Te miałam chęć powiedzieć autorce: więcej! Ja chcę całej powieści o życiu bohaterek! To przecież tylko zarys, skrypt, to zredukowane na maksa życie, o którym mogłabym czytać więcej. 
Literatura z pogranicza, choc wpycha nas w sam środek przeżyć Krystyny, Anny, Rity, Eweliny, Magdy, Sabiny i ich otoczenia. Jedna z nich pracuje w dyskoncie, druga jest emerytowaną nauczycielką, a opis przeżyć Rity przekracza moje możliwości - no to się nazywa wyzwolenie! Całkowicie po swojemu! Na własnych zasadach. 
Kinga Kosińska tak właśnie pisze - na własnych zasadach. Ja ją za to podziwiam, choć wiem też że trudno się tak przebić w świecie, który lubi wszystko uładzone, pod algorytm. 
Tu nic nie jest pod algorytm i to jest piękne. 
_____________________
Te
Kinga Kosińska 
@czeladzianka_zaglebiaczka
Wyd. Seqoja
_____________________
#gdziespomiedzy #te #kingakosińska #literaturatrans #wydawnictwoseqoja
"Literatura nie ocala. Chyba, że" Miłość nie ocal "Literatura nie ocala. Chyba, że"

Miłość nie ocala
Bliskość, jasność, dobroć - nie ocala.

No chyba, chyba, że -

#kolażoweopowieści które wymyśla Karolina @herbarium_cieni i na początek #początki

Od słowa do słowa, w opowieść i baśń. 
______________
#gdziespomiedzy
Historie rodzinne: "przecież ci mówiłam, że wszyst Historie rodzinne: "przecież ci mówiłam, że wszystko pokręciłeś", ale mimo machnięcia ręką przez mamę, autor poszukuje tych historii, wątków, sięga do zdjęć i wspomnień. Pojawia się Oskar Kolberg, Izaak Babel, rzeki Liwiec i Bug, przejeżdża pociąg - do Treblinki. Ktoś po wojnie wraca, inni już nie.
Historia fabryki w Żyrardowie, ballada o Grodzisku, nazwiska, których już nie pamiętam, ale na chwilę czytania ludzie z książki byli mi towarzyszami. 
Mariusz Szczygieł pisze, iż to czuła opowieść o miejscach i historii autora, Artur Domosławski dodaje: ballada to niejasna, nieokreślona, poplątana, podróż to archeologiczna i literacka, ja już więc nic nie dodaję, Balladę o kapciach dodaję do ulubionych.
____________________
Ballada o kapciach
Aleksander Kaczorowski
Wyd. Czarne
____________________
#gdziespomiedzy #balladaokapciach #aleksanderkaczorowski #wydawnictwoczarne
Atwood to specjalistka od dystopii, potrafi pokaza Atwood to specjalistka od dystopii, potrafi pokazać świat na wskroś smutny i zły. Hipnotyzuje wręcz swoimi opisami ogólnoludzkiej beznadziejnej kondycji i ja to lubię, po to ją wszak czytam.
Ale Serce umiera ostatnie jest nieco inne - to tak zaskakująca mieszanka dystopii i farsy, że czyta się jak dobrą komedię. 
Poczucia humoru autorce też nigdy nie brakowało. I po to też ją czytam:) 

"Dziwaczna pościelowa farsa", "psychodeliczny kryminał", piszą o Sercu... i tak, właśnie takie to jest czytanie. 

Zaczyna się wszystko tak: Charmaine i Stan  wskutek wielkiego kryzysu mieszkają w samochodzie, na pograniczu nędzy. Kiedy pojawia się ogłoszenie obiecujące poprawę losu w zamian za bycie więźniem w eksperymentalnym projekcie, zgłaszają się, podpisują wszystko, skaczą ze szczęścia. Charmaine kupuje firanki i kubki, Stan przycina żywopłot... No dobrze, muszą jeszcze wykonać parę zadań, ale cóż to znaczy w obliczu powszechnego szczęścia ludzkości? 

Pojawia się też Elvis Presley. Ba, żeby to jeden... A hasło do ratowania świata znacie? Podpowiedź: na paluszkach przez tulipany! 
__________________
Serce umiera ostatnie 
Margaret Atwood 
Tłum. Małgorzata Maruszkin
Wyd. Wielka Litera
___________________
#gdziespomiedzy
#serceumieraostatnie
#margaretatwood #wydawnictwowielkalitera
"To był kolejny gorący dzień w dżungli, kiedy powi "To był kolejny gorący dzień w dżungli, kiedy powietrze przeszył donośny ryk" - pierwsze zdanie w książkach dla dzieci też jest ważne, i to nie jest moja sugestia tylko doświadczenie i życiowa prawda. A to zdanie wciągnie dzieci w historię o małym tygrysku, czuję to! Ma w sobie obietnicę przygody, budzi ciekawość - i wyznacza ramy. 
To bajka dla dzieci już od 3 lat, jest zwięzła, ale też  idealnie operuje językiem - nie wpada w banalne uproszczenia ani nie utrudnia odbioru. 
A kim jest Pimpo, bohater? Donośny ryk z pierwszego zdania to radość lwiej rodziny z jego narodzin. Tylko... Pimpo nie jest taki jak inne tygrysy. Zamiast polować na antylopy czy papugi, to się z nimi zaprzyjaźnia. I woli zajadać się jagodami, no kto to widział, żeby tygrys i jagody... Co ludzie powiedzą?! Znaczy, przepraszam, co inne zwierzaki pomyślą? 
Analogia jest tu tak ładnie podana, że prowadzi prosto  do rozmowy z dzieckiem, do rozmowy o tym, jak to jest być trochę innym, o tym co czuje Pimpo, jak reaguje na swojego wegetygryska jego rodzina. 
Spojler - wciąż go kochają:)

Takie opowieści lubię najbardziej. Jestem zwyczajnie dumna, iż mogę być patronką tego tygryska, co chce być sobą, nawet jeśli to nie jest łatwe. Czuję się wręcz jego dobrą ciocią:) 

Ilustracje by Jagoda Matuła-Krawczyk - można się poczuć jak w kolorowej dżungli. Aniela Szafran, autorka, postawiła na własne poszukiwania by wydać bajkę i czuć, że zadbała o każdy detal, książeczka jest dopieszczona aż miło. Włącznie z tym, że kartki z twardszego materiału, mniej podatne na porwanie czy pogniecenie. A do bajki dodane są naklejki i kolorowanka, taki mały a miły detal. 

Pimpo, wegetygrys zaprasza do swojego kolorowego świata. Tu króluje szacunek, empatia i akceptacja, a to klucz do dobrego świata, jak pisze Aniela Szafran w posłowiu. I dodaje: "A mamy tylko jeden, jedyny i niepowtarzalny nasz świat. Warto, by był jak najlepszy".
________________
Aniela Szafran
Pimpo wegetygrys
@do.jasnej.anielki 
Projekt i skład książki: @kachna.krasnianka 
Ilustracje: @jagoda_matula 
___________________
#gdziespomiedzy #pimpowegetygrys #anielaszafran #literaturadladzieci #całapolskaczytadzieciom
Czytelnicze drogi. Bo wyszłam tylko na chwilę, a n Czytelnicze drogi. Bo wyszłam tylko na chwilę, a nie wróciłam do dziś, tak mnie kolejne zakręty pociągają - a myślę tu o odkrywaniu Stańczakowej. 
Chciałabym, żeby nie była tylko tą od Białoszewskiego, a przecież sama właśnie tak ją kojarzyłam. 
W jej biografii pojawia się tyle wątków, iż doprawdy przyjaźń z poetą jest jednym z wielu takowych, choć istotnym - dzięki Mironowi Jadwiga sprobowala wyjść z pisaniem gdzieś dalej. Ale też miała co opisywać - historia ocalenia z getta, historia rodziny, zmian tożsamości, przedziwnego małżeństwa, historia choroby oczu i zanikania wzroku.To też opowieść o upartym dążeniu do samodzielności. Wplatają się wątki mistyczne, medytacje, przeczucia...
Dużo w jej pisaniu szczerości, bez tabu. Czytam Ślepaka i czytam biografię autorstwa Justyny Sobolewskiej - wnuczki Jadwigi, sięgnę z powrotem po Dziennik we dwoje, i sięgam też dzięki temu trochę w siebie, w swoje tajne dzienniki, nigdy nie spisane. Poza tym chyba lubię czytać o życiu na poły złamanym, no cóż!

@pierwsze.zdanie - a zaczęło się wszystko od twojej Książki o nie-czytaniu - i dobrze, dziękuję!
___________________
Ślepak
Jadwiga Stańczakowa
Wyd. Znak
_____________________
#gdziespomiedzy #jadwigastańczakowa #ślepak #jadwigaopowieśćostańczakowej #dziennikwedwoje
Kiedy moje dziecko było malutkie, na lodówce wisia Kiedy moje dziecko było malutkie, na lodówce wisiała karteczka, takie info dla całej rodziny, i było tam 5 czy 6 powodów, dla których niemowlę może płakać. 
Kiedy dziadek pisze podobną instrukcję obsługi dla swojego kota, to przybiera ona formę... nieco dłuższą niż karteczka na lodówkę. Dokładnie jest to 15 i pół stron dużego zeszytu. 
I kto tu kogo ma, ja się pytam... Dziadek kota czy jednak kot dziadka???
Kiedy dziadek z babcią wyjeżdżają do sanatorium, do opieki nad tym kocim Z Piekła Rodem Stworem zostaje wezwana mama Krzysia i Uli. Przybywa z mocnym postanowieniem zakończenia takich dziwactw jak jedzenie rybki z jednej tylko sieci sklepowej, i to o trzeciej w nocy, czy noszenie Jaśnie Kotka w wiklinowym koszyku. Tylko czy ten puszysty rasowy koterrorysta tak łatwo ustąpi? Kogo obstawiacie? 

Regina Golińska-Barancewicz tym razem stworzyła zabawną, uroczą historyjkę, do śmiechu i czystego relaksu - wszak taki należy się dzieciom też. A mój własny kot jest wielce zadowolony i rozmruczany, iż jest to mój patronat! 

Zapraszam was do przeczytania, tak szeptem mówiąc to zapraszam nie tylko dzieci ale i dorosłych. Pośmiać się chwilę przy wybornej anegdotycznej historyjce to zawsze dobry pomysł! 

Wszak śmiech to uzasadniona potrzeba pierwszej kategorii. Jak kuleczka z folii aluminiowej do zabawy. Żadna tam fanaberia. 

@wydawnictwoliteratura - dziękuję wam za to, że wydajecie literaturę dziecięcą nie tylko dla wzruszeń ale także i dla czystej radości z czytania zwariowanych przygód ;) 
_____________________
Dziadek naszego kota
Regina Golińska-Barancewicz 
@reginahanna73
Ilustracje: Hubert Grajczak
@pieski_z_kreski
Wyd. Literatura 
_____________________
#gdziespomiedzy #dziadeknaszegokota
#wydawnictwoliteratura #reginagolińskabarancewicz #hubertgrajczak
Do przesyłki z tą książką wydawnictwo dodało luste Do przesyłki z tą książką wydawnictwo dodało lusterko. I to oddaje charakter książki - jej bohaterka może być naszym lustrem...
Kwestia organizacji to powieść obyczajowa o zupełnie zwyczajnym życiu niejednej z nas. Dzieci, mąż - ale i dotkliwa samotność -  zapełniony notatnik, przeliczany co do grosza budżet, wieczny uśmiech i kto jak nie ja, no przecież. 
Plany na szczęście rozbijają się o realia, o szklane sufity. Nie przewidują też chorób i szpitali. A Jola Brzozowska nie odpuszcza, bo co stałoby się z jej rodziną? Kto by się nimi zajął? 
Tylko tak się nie da bez końca. Zwłaszcza, że Jola, mimo twardego stąpania po ziemi, jest też trochę naiwną romantyczką. Też jak niejedna z nas. 
Nie polecam często obyczajówek, ale w pisaniu Kasi Jurczyk jest coś, co mnie przyciąga, tak było też przy jej powieści Gniazdowanie. Przyciąga mnie wiarygodność postaci, ich psychologiczne ujęcie, takie prawdziwe - nie rodem z poradników. I przejawia się to nie w strumieniach świadomości i pokręconym życiu wewnętrznym, ale w tym jak wygląda zmęczenie i żonglowanie 24 godzinami, żeby zmieścić w nich chociażby taki rarytas jak swój własny sen. Jak marzenia.

Powieść jest dobrym punktem wyjścia do wszelkich feminstycznych dyskusji, ale nie przez łopatologiczne wstawki, tylko przez nasuwające się w trakcie czytania pytanie - czemu jest dla społeczeństwa taką oczywistością, że kobieta poradzi sobie ze wszystkim i nie powinna liczyć na realne wsparcie? 
Wydawczyni Olga Smolec-Kmoch pisze w słowie Od wydawcy: 
"Ta książka nie próbuje nikogo naprawiać ani pouczać. Nie obiecuje szybkich rozwiązań ani prostych odpowiedzi. Zamiast tego daje coś znacznie ważniejszego - przestrzeń na uważność wobec siebie, na zadanie trudnych pytań, na przyjrzenie się temu, co było normalizowane zbyt długo tylko dlatego, że 'tak już jest'."

@kasia_gniazdowanie - dziękuję za to, że mogłam poznać zarysy tej historii już przy jej powstawaniu. Już wtedy mi się podobała i nie zmieniłam zdania! 
_______________________
Kwestia organizacji
Kasia Jurczyk 
Wyd. Na Szczęście 
_______________________

#gdziespomiedzy #kwestiaorganizacji #kasiajurczyk #wydawnictwonaszczęście
Mój Instagram

życie i problemy

Wychowanie, pot i łzy.

14 sierpnia 2022
życie i problemy

Myśli… spierniczone? O piernikach i nie tylko. Część 1

8 grudnia 2021
życie i ...

Rozmówki rodzinne.

11 września 2022
życie i książki

Książkowe serie na lato

12 lipca 2023
życie i ...

śmierci się wesoło i względnie swobodnie

19 października 2024
życie i ... życie i książki

Wakacje #1

2 lipca 2022
życie i ...

Bajka – przeplatajka

30 listopada 2024
życie i książki

1000 powodów, dla których warto czytać dziecku

16 stycznia 2022
życie i problemy

Dziennik pokładowy

29 stycznia 2022
życie i ...

ostrożnie układając skrzydła

29 marca 2026

© 2026 gdzieś pomiędzy | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme